Siergiej Karaganow: Wyczerpaliśmy europejską spiżarnię

28 września 2018 r.

https://osrodekpolitykirozumnej.pl/

O nieuchronności dla Rosji „zwrotu na Wschód” wypowiedział się Siergiej Karaganow, z którym rozmawiała Swietłana Suchowa z „Коммерсантъ”. Wywiad pierwotnie ukazał się 10 IX 2018 r. w numerze 34 tygodnika „Ogoniok” (s. 8) pod tytułem „Мы исчерпали европейскую кладовую” i na stronie dziennika „Коммерсантъ”. Przetłumaczył Jakub Wieczorek.

GettyImages-463916267.jpg

Wschodnie Forum Ekonomiczne w tym tygodniu rozpoczyna się we Władywostoku. Główny temat WFE 2018 to „Daleki Wschód: rozszerzając granice możliwości”. O możliwościach, granicach, ogólnej historii i wyborze Rosji „Ogoniok” porozmawiał z dziekanem Wydziału Światowej Gospodarki i Światowej Polityki NBU Wyższej Szkoły Ekonomii, doktorem historycznych nauk Siergiejem Karaganowem.

— Siergiej Aleksandrowicz, władywostockie forum to tradycyjnie platforma dla ogłoszeń o „zwrocie na Wschód”. To dlaczego się nie zwracamy?

— Platforma faktycznie dobra: w trzy lata forum z prawie domowego wydarzenia stał się gigantycznym, wieloczynnikowym i strategicznym nie tylko dla regionu. Na nim omawia się nie tylko gospodarkę, ale i politykę. Aktualny obrót „zwrotu” zapoczątkowany był 10 lat temu, a w rzeczywistości zaczął się w latach 2012–2013. A co do tego, czy „nie zwróciliśmy się”. Zwróciliśmy się! Cały świat się zwrócił – centrum gospodarczego życia całej planety odczuwalnie przesuwa się do Azji wschodniej. A na rosyjskim Dalekim Wschodzie tempo wzrostu ekonomicznego o dwa razy przewyższa średniorosyjskie, budowane są dziesiątki przedsiębiorstw. Zauważalne są już zmiany w mentalności wyższej elity, która nie uważa już naszego kraju za skraj Europy, gotowy płacić za zezwolenie na zbliżenie do „centrum”.

— A jak ocenia teraz?

— Jako centrum wschodzącej „wielkiej Eurazji”. Skok to olbrzymi i zatrzymać go już się nie uda. Tylko że to następuje siłą tradycji, bez uświadomienia sobie tego, ku czemu i po co my się zwracamy. W okresie „piotrowskim” Rosja także nie bardzo rozumiała Europejczyków i Europę w ogóle, ale aktywnie starała się przebić do tego „klubu”. W latach 1980–1990 też. Rezultat ostatniego szarpnięcia, delikatnie mówiąc, nie robi wrażenia. Teraz mniej więcej tak i kierujemy się ku Azji – „na ślepo”. Rosji dziś w stopniu katastrofalnym brakuje nawet nie setek czy tysięcy, a dziesiątek tysięcy specjalistów-orientalistów. Do tego, żeby wykształcić taką armię, potrzebny jest czas, ale przecież dziś my nawet nie korzystamy z tego, co mamy – wiedzy i doświadczenia mieszkańców dalekowschodnich regionów, którzy dawno już zawiązali więzi z azjatyckimi sąsiadami, znających i rozumiejących ich. Właściwie, temu – ludzkiemu, kulturowemu, oświatowemu – zwrotowi poświęcony jest nasz nowy, szósty wałdajski referat z serii „Ku Wielkiemu Oceanu”, który będzie przedstawiony społeczeństwu, państwu i światu na WEF 2018.

— I co tym razem sprawia, że władze są leniwe i niezainteresowane [tematem]?

— Sprzeciw rodzimych elit. Jest on motywowany różnymi powodami. Ktoś tam nie jest gotowy przyjąć do wiadomości oczywistości: tego, że „zapadnik” dziś to człowiek z przeszłości, a ten, który patrzy w przyszłość, musi interesować się Wschodem. Wielu szkoda inwestycji, jakie zostawiono na Zachodzie przez ostatnie 20 lat – wychowaliśmy silne kompradorskie nastroje. I ci, i tamci nie widzą tego, że zostali beznadziejnie w tyle, a ekonomiczny i finansowy „pępek świata” już przeprowadził się z Zachodu na Wschód. I ja sam około 15–20 lat temu byłem euro-centrystą. Dopóki nie zdałem sobie sprawy, dokąd zmierza świat. I jaki jest nasz kraj.

— Zachodnia droga dla Rosji, według Pana, jest wyczerpana?

— Prawie wszystko, co można i trzeba było wziąć, my już wzięliśmy. To jedna z tez referatu – przez długi „piotrowski” okres w naszej historii (od XVII do końca XX wieku) my wzięliśmy technologie, organizację wojenną; stworzyliśmy wysoką kulturę na podstawie mieszaniny swojej własnej i europejskiej. I nawet to, że Rosja stała się mocarstwem, to bez wątpienia konsekwencja „wyprawy na Zachód”, bo przecież właśnie tam zaraziliśmy się samą ideą mocarstwowości. Ale już z początku obecnego tysiąclecia wyczerpaliśmy tamtejszą spiżarnię. Teraz z Europą Rosja może i powinna współpracować, ale być głównym źródłem rozwoju dla nas ona już nie jest w stanie. Wyjątek stanowi problem regulacji ekologicznej – tu jeszcze możliwe są „odkrycia”. Być może elementy municypalnej demokracji, samorządu. Ale wszystko pozostałe, co jest na Zachodzie, już u nas jest lub dla nas nie jest dostępne – po prostu nie możemy tego oswoić. Rosja to państwo autorytarne w swoich genach. To trzeba spokojnie przyznać i wykorzystywać jak konkurencyjną przewagę. Popycha nas dzisiaj do zwrotu też fakt, że Europa znajduje się w stagnacji, wieloaspektowym kryzysie, i jest mało sprawna, podczas gdy Azja rozwija się w szybkim tempie. I nie bez znaczenia było tu wojskowe przykrycie ze strony Rosji.

— Kogo przykryliśmy?

— To tak mówiąc obrazowo. Nie wszyscy w Rosji, czy nawet za jej granicami, są świadomi, że nasz kraj odegrał we wzroście krajów Azji rolę położnej historii. Na początku ZSRR, a potem i współczesna Rosja, pozbawili Zachód prawie 500-letniego wojskowego prymatu, na której budowane było jego ekonomiczne, polityczne i kulturowe panowanie w świecie, zwłaszcza na wschodzie. Grożenie wielką wojną stało się czymś już bezwzględnie niebezpiecznym. Dla dziesiątek państw rozszerzyło się pole swobody.

Niedawno Rosja wygrała w Syrii, odgrywa rolę pośrednika między Turcją i Irakiem, Indiami i Chinami, i w kilku innych azjatyckich konfliktach. W ten sposób możemy zaproponować państwom tego regionu nie tylko zasoby i przekaźnicze możliwości, ale odgrywamy rolę największego dostawcy bezpieczeństwa.

— Jeśli historia czegoś nas uczy, to właśnie tego, że główna bieda dla Rosji przyszła ze wschodu, a Mongołowie i Tatarzy byli jedynymi, którym udało się zawojować kraj, podczas gdy wszystkie groźby z zachodu, nawet te największe, były odbite…

— Jarzmo Ordy było historyczną szczepionką, która sformowała naszą polityczną tradycję i narodowy charakter. Sądzę, że właśnie te dwa i pół wieku pół-zależności doprowadziły do tego, że Rosja dziś tak zawzięcie dąży do suwerenności. I być może właśnie dlatego tak się udało rozgromić naszych europejskich zdobywców. Niestety, na Zachodzie naszego genetycznego dążenia do suwerenności i wolności wyboru w stosownym czasie nie zrozumiano lub nie chciano zrozumieć. Tam na początku lat 90-tych popełniono strategiczną pomyłkę, kiedy nie wprowadzono Rosji – gotową w danym momencie dołączyć do „europejskiego zespołu” – jako suwerenną część. Jeśli by wtedy Zachód się na to zgodził, to świat byłby inny. Kolektywny Zachód nie straciłby – i, być może, na zawsze – wojskowego prymatu, czyli fundamentu jego potęgi w przeszłości. Niepowodzenie ostatniego rosyjskiego „zrywu ku Europie” można częściowo wyjaśnić chciwością i głupotą kolektywnego Zachodu, który poszedł na rozszerzenie swoich aliansów, strefy bezpośredniej kontroli; narzuciwszy swoje współczesne wartości, których większość Rosjan nie jest w stanie przyjąć i nie uważa za pożyteczne. Częściowo winni jesteśmy my – łudziliśmy się iluzjami, byliśmy nieokrzesani; nie wiedzieliśmy, dokąd idziemy. Na Wschodzie podejście było inne – tam nie chorują na polityczne i kulturowe misjonarstwo.

Zachodni pragmatyzm dawno stał się już cliché, ale w rzeczywistości takie podejście dziś jest bardziej swoiste dla Wschodu. On mniej podlega dogmatom i, jak by to dziwnie nie zabrzmiało, jest znacznie bardziej liberalny w stosunku do tego, co wyznają partnerzy. W Azji są o wiele mniej skłonni wykorzystywać sankcje w politycznych celach. A Zachód wykorzystuje sankcyjne dźwignie coraz częściej, i nie tylko przeciw Rosji. Możliwość dyktatu militarnego już stracili, zamiast tego są sankcje.

— Czy Pan nie idealizuje Wschodu?

— Jeśli już, to raczej zachowuję ostrożność – świat się zmienia zbyt szybko. Za około dziesięć lat, jeśli będę żył, napiszę drugi referat: nie powiem na razie, jaki będzie temat, bo nie lubię się mylić, a tu szanse na to są duże. Ale jedno jest pewne – świat do tego momentu znowu się zmieni. Jestem niemal pewny, że do tego czasu na świecie będą dwa ekonomiczno-polityczne centra – „wielka Ameryka” i „wielka Eurazja”. Do pierwszej Rosji z wielu powodów przemknąć się nie uda i nawet starać się nie ma sensu – to tylko strata czasu. Chociaż manewrować trzeba. Tak więc nieuniknienie trzeba wypracować swoje miejsce w „wielkiej Eurazji”, której centrum, oczywiście, będą Chiny.

— Ale stawiając wszystko na jedno, można też przegrać. Tym bardziej, jeśli zakład jest z konieczności.

— Zakład nie jest z konieczności. Zwrot na Wschód wymyślono, kiedy stosunki z Zachodem wyglądały jeszcze zupełnie przyzwoicie. To Piotr I niegdyś postawił niemal wszystko na europejski kierunek rozwoju. Dziś iluzji nie ma: Rosja to nie Azja, ale i nie Europa. Rosja to kraj w dużej mierze z europejską kulturą wysoką i typem gospodarki, ale z częściowo azjatycką mentalnością i stosunkiem do władzy. Bardzo dziwaczna i oryginalna mieszanka cywilizacji europejskiej, bizantyjskiej i azjatyckiej. Takiej Rosji kategorycznie nie wolno stawiać wszystkiego na jakieś jedno centrum, trzeba różnicować ryzyka i możliwości; brać to, co najkorzystniejsze. Dlatego, kiedy ja mówię o zwrocie na Wschód, to nie znaczy, że ku Zachodowi powinniśmy się odwrócić tyłem. Nikt nie wzywa do rezygnacji z ustanowionych przez wieki związków. Nawet jeśli dziś te drogi są częściowo zablokowane. Będziemy czekać, dopóki Europa nie przetrawi swojego kryzysu i nie dojrzeje do nowej wschodniej, teraz eurazjatyckiej, polityki. Ale czekać nie oznacza zastygnąć w rozwoju, trzeba iść i iść w jedynym możliwym na razie kierunku – na wschód. Ale ten ruch nie jest ani narzucony, ani z konieczności, a raczej jest drogą do siebie do domu, ku swojej unikalnej eurazjatyckiej istocie. Chociaż ta droga jest trudna z powodu wewnętrznych problemów, z których głównym jest nieznajomość Wschodu. Co więcej, wielu przedstawicieli inteligencji wstydzi się uznać swoją azjatycką „połowę”. Czas przestać się wstydzić tego, że Rosja to taki sam spadkobierca Dżyngis-chana jak i Chiny, które on również podbił i gdzie jego potomkowie rządzili przez wieki. To nasz historyczny i genetyczny kod, i czas najwyższy przestać wstydzić się tego, że historycznie dany nam jest autorytarny system rządzenia, a nie liberalna demokracja. Jeśli byśmy nie byli autorytarni i scentralizowani, nie byłoby nas w dzisiejszych granicach. Ale wstyd wynika z niewiedzy…

— Niewiedzy o czym?

— Przede wszystkim o „azjatyckiej części” rosyjskiej historii. No i Azji. Jeszcze od szkolnej ławki my tłuczemy w umysły nastolatków historię europejskiej drogi rozwoju Rosji, ale nie przykładamy należytej wagi do postępu naszych przodków na Wschód. A tam jest o czym opowiedzieć! Nie tylko o Jermaku, ale i „złotem kipiącej” Mangazei – o tym rosyjskim Eldorado XVI wieku. Mało kto słyszał o 40-letniej wojnie Rosji z imperium mandżurskim (Qing) i o takich jej znakomitych epizodach jak obrona Ałbazina w 1686 roku. A dowodził nią zruszczony Niemiec Atanazy Bejton, wybrany przez Kozaków na swojego atamana. Sama tylko historia pierwszego przyjęcia rosyjskiego posłańca przez chińskiego Cesarza zasługuje na powieść, a to dlatego, że posłaniec ten – pochodzący z Holsztynu, którego w Moskwie nazywano Eleazarym Eleazariewem synem Izbrantem – opracował przecież pierwszą mapę Syberii. Niemal zapomniane są wydarzenia stanowiące 500 lat rosyjskiej historii. Nie wspominając o tym, że mało kto dziś pamięta głównego inspiratora projektu budowy Kolei Transsyberyjskiej, Siergieja Juliewicza Witte, bez którego przewidywania i talentu administracyjnego kraj ledwo by zachował Syberię. A przecież ona nas uratowała w latach ostatniej strasznej wojny. Syberia, na całej przestrzeni od Uralu do Oceanu Spokojnego, to wciąż jeszcze „strefa historycznego milczenia”. A jak można być dumnym, jeśli się nie wie? Sytuację trzeba zmieniać już dzisiaj, dlatego że nasze dzieci i wnukowie będą żyć w świecie, gdzie chińskie, indyjskie, japońskie i koreańskie dynastie zajmą w historii takie samo miejsce co Habsburgowie, Burbonowie czy Romanowowie. Żeby „zwrot na Wschód” się powiódł, trzeba gwałtownie zwiększyć inwestycje na wykształcenie – dla przygotowania orientalistów.

— Co jeszcze trzeba zrobić?

— Dopóki u nas nie ma potrzebnej nam liczby ekspertów, zaangażować jak najaktywniej przedstawicieli dalekowschodnich regionów, bogatych w doświadczenie kontaktu z sąsiadami; nasze diaspory w krajach Wschodu; specjalistów z Azji. Konieczne jest stworzenie „wschodnich klubów”, które jednoczyłyby rosyjskie wschodnie i centralne elity, i je razem – z azjatyckimi. Trzeba nam silnie rozszerzyć osobiste kontakty w regionie, bo one w Azji zawsze cenione były bardziej niż prawo i umowa. Najważniejsze, co można zrobić dla rozwoju naszego dalekowschodniego regionu z celownikiem na azjatycki rynek, to stworzenie centrów logistycznych. To może być korzystne zwłaszcza w średnioterminowej perspektywie, kiedy przeciwstawność USA i Chin w azjatycko-pacyficznym basenie zaostrzy się całkowicie. Pekin już dziś pomału odchodzi od oceanicznych dróg transportowych, przełączając się na lądowe, ale zrobić to będzie mógł w tym także przez Rosję (jako wariant – przez Kazachstan i Rosję). Jeszcze jedna nasza przewaga to ogromne zapasy wody i energii. Trzeba nie rozwoju przemysłu maszynowego, jak o tym się mówiło w ostatnich latach. To byłby błąd. Naszym wschodnim partnerom trzeba proponować to, czym oni sami są zainteresowani – surowiec i produkty jego obróbki, towary higroskopijne. W całej Azji jest deficyt wody. Możemy pójść dalej: kto powiedział, że korzystniej jest handlować chipami dla komputerów niż produktami rolniczymi wysokiej jakości przetwórstwa czy rozmieszczeniem „zakładów” dla przechowywania dużych ilości informacji (Big Data)? Ze względu na chłód to przechowywanie [u nas] jest dużo tańsze niż w pozostałych częściach Azji. Nawiasem mówiąc, pierwszy taki zakład u nas jest już zbudowany na Syberii. Przy tym biznesowi w tym regionie trzeba dać maksymalne preferencje i swobodę: Syberia szybko rozwijała się tylko wtedy, kiedy była wolną gospodarką. No i wreszcie: europejska Rosja ma w rzeczywistości wobec Syberii i Dalekiego Wschodu do spłacenia dług za to, że w latach 90-tych byli one pozostawieni na pastwę losu.

— A co z zasiedleniem tych terytoriów?

— Pora obalić i ten mit. Tak, odpływ ludności z Dalekiego Wschodu i z Syberii był niemały, ale kto powiedział, że ci, co pozostali, są niewystarczający dla rozwoju tych terytoriów? Proszę sobie wyobrazić, że władza dopięła swego i w region wysłano kilka milionów ludzi… Jak to wyrówna nierównowagę z Chinami, gdzie żyje dużo więcej niż miliard? Raczej nie wiemy, czy wystarczą nam aktualne ludzkie zasoby dla oswojenia tego terytorium, ale stawiać na to, by wwozić tam masowo ludzi – to najpewniej błąd. Ma się rozumieć, że mowa jest nie o potrzebnych specjalistach czy ludziach, zapalonych możliwością udziału w wielkim projekcie, którego w naszym państwie tak brakuje. Policzmy i porozmawiajmy! Ile potrzeba ludzi, jakiej potrzebujemy polityki, żeby Rosjanie odegrali rolę cywilizacyjnego, a nie tylko transportowego i logistycznego mostu między Europą i Azją? Jakiej potrzeba polityki, żeby nie bać się za jego [tego mostu] bezpieczeństwo?

— Czy my się nie spóźniliśmy? Zachód już od stuleci obchodzi się bez naszego „mostu”.

— Albo wskoczymy na schodki odjeżdżającego pociągu, albo zostaniemy na peronie. Europa i USA już swoje dostali: wykorzystanie taniej azjatyckiej siły roboczej pozwoliło Amerykanom i Europejczykom przedłużyć swój wzrost gospodarczy. Na kierunku do Azji mamy konkurencyjną przewagę: kulturową otwartość Rosjan. Porzuciliśmy ideologiczne dogmaty.

— A czy z pociągu nas nie wyrzucą?

— Próbują. Na przykład: publikując dziesiątki artykułów, przedrukowywanych u nas, że Rosji nie potrzeba i nie uda się pójść na Wschód. Zachodowi nie podoba się, że Rosja zrezygnowała ze statusu jego peryferium i, kierując się na Wschód, nagle zmieniła stosunek sił. Ona, jeśli można tak powiedzieć, zrezygnowała z roli ucznia, gotowego płacić za lekcje. No cóż, niech nasi byli „nauczyciele” próbują porozmawiać z nami jak równy z równym, niech przyłączają się do polityki budowy wielkiej eurazjatyckiej przestrzeni. Unia Europejska do takiego kroku będzie zmuszona prędzej czy później, inaczej nijak nie wydobędzie się z teraźniejszej stagnacji. Azja, zresztą, nie ma nic przeciw temu, żeby Europa do niej przyszła, ale nie jak stulecia temu – na prawach pana – a jak do równych sobie. Chiny idą do Europy, chcą budować wspólną przestrzeń „Jeden pas, jedna droga”. Tu nasze interesy zbiegają się – chcemy dokładnie tego samo. A zatem, choć z dziesięcioletnim opóźnieniem, to Rosja powinna jak najszybciej skierować się ku Azji, nie porzucając przy tym europejskich więzi i korzeni. Bo przecież i one są nam rodzime.

Rozmawiała Swietłana Suchowa. Przetłumaczył Jakub Wieczorek.

SiergiejKaraganow_1x

Siergiej Karaganow

Przewodniczący rosyjskiej Rady Polityki Zagranicznej i Obronnej, dziekan Wydziału Światowej Gospodarki i Światowej Polityki Wyższej Szkoły Ekonomii w Moskwie, od 1998 r. członek Komisji Trójstronnej, od 1989 r. zastępca dyrektora Instytutu Europy w Rosyjskiej Akademii Nauk, były bliski współpracownik Jewgienija Primakowa, były doradca Borysa Jelcyna, obecnie doradca Prezydenta Rosyjskiej Federacji Władimira Putina.

 

Reklama

Bloger Adnovum o lichej międzynarodowej pozycji kompradorskich i rusofobicznych środowisk pisowskich w porównaniu do pozycji Putina i Ławrowa

Wczoraj (24 lipca) w Berlinie doszło do niezapowiadanego wcześniej spotkania kanclerz Angeli Merkel z ministrem spraw zagranicznych Rosji Siergiejem Ławrowem.

Sergey Utkin@usv1980

Russian Foreign Minister Lavrov and Chief of General Staff Gerasimov met today with German Chancellor Merkel to discuss Syria, Ukraine, and bilateral relations. http://www.mid.ru/ru/foreign_policy/news/-/asset_publisher/cKNonkJE02Bw/content/id/3303185 …

Zastępca rzecznika rządu Ulrike Demmer potwierdziła, że w spotkaniu uczestniczyła niemiecka kanclerz, szef rosyjskiej dyplomacji, federalny mister spraw zagranicznych Heiko Maas oraz szef sztabu generalnego sił zbrojnych Rosji generał Walerij Gierasimow.

Rzecznik prasowa niemieckiego rządu Ulrike Demmer poinformowała, że tematem rozmów była „sytuacja na Bliskim Wschodzie, szczególnie w Syrii”, a także „poruszono również kwestię konfliktu na Ukrainie”. Mogło tu chodzić o poruszenie kwestii warunków rozmieszczenia sił pokojowych ONZ w Donbasie. Czego nie daje się uzgodnić, ze względu na opór Kijowa, od samego początku powstania tej inicjatywy.

MSZ Rosji podało, że Ławrow i Gierasimow omówili z Merkel „zadania związane z przygotowaniem warunków do powrotu uchodźców z Syrii i z postępem procesu uregulowania politycznego”. Prócz tego rosyjskie MSZ, przekazało, że strony omówiły „trwające prace w ramach formatu normandzkiego, dotyczące realizacji porozumień mińskich”, których celem jest uregulowanie konfliktu na wschodzie Ukrainy.

Przy okazji wczorajszego spotkania, warto zwrócić uwagę na to, że Ławrow i Gierasimow dzień wcześniej, w poniedziałek 23 lipca, złożyli również niezapowiadaną wizytę w Izraelu, gdzie z premierem Benjaminem Netanjahu rozmawiali o konflikcie w Syrii.

Po spotkaniu tym, premier Izraela Benjamin Netanjahu, powiedział, że doszło do niego z inicjatywy prezydenta Rosji, i poruszano na nim problem sytuacji jaka ma miejsce ostatnio w Syrii, gdzie siły rządowe przejmują praktycznie kontrolę nad całością terytorium kraju. Ławrow miał powiedzieć izraelskiemu premierowi, że Moskwa wraz z Teheranem popierają rząd pod przywództwem Baszara Al-Assada w Syrii

Jednocześnie Izrael surowo odrzucił wszelką irańską obecność wojskową w pobliżu swojej granicy. Według źródeł izraelskich podczas rozmowy w Izraelu strona rosyjska zaproponowała, że ​​rozmieszczone zostaną wojska irańskie w Syrii w odległości stu kilometrów od granicy z okupowanymi przez Izrael wzgórzami Golan.

Jak widać, właśnie trwają ostatnie rozmowy i uzgodnienia na temat przyjęcia nowego porządku światowego po zakończonym zwycięsko przez siły rządowe konflikcie w Syrii oraz zagwarantowania czasowego status quo w republikach donieckich, do czasu wdrożenia pełnej mapy drogowej porozumień mińskich.

To jest to nowe rozdanie w światowej polityce po ostatnim szczycie Trump-Putin.

A co z Polską?

Niestety znowu zaliczyliśmy kopa dzięki naszym niewydarzonym elitom politycznym.

Na zakończenie dodam jeszcze, że wczoraj (24 lipiec0 rozpoczęła się w Mińsku kolejna runda negocjacji na poziomie grup roboczych. Tematami dyskusji były: kwestia wymiany osób przetrzymywanych w charakterze jeńców wojennych lub aresztowanych z powodów politycznych przez obie strony konfliktu, przywrócenie wypłat emerytur i należnych zasiłków dla ludności republik donbaskich przez władze centralne, sprawa wprowadzenia amnestii oraz mechanizmu wprowadzenia specjalnego statusu dla Donbasu. W dniu dzisiejszym od godziny 15:00 czasu lokalnego spotkanie będzie kontynuowane.

http://www.tagesschau.de/ausland/merkel-lawrow-101.html,

https://adnovumteam.wordpress.com/2018/07/25/wojna-domowa-na-ukrainie-25-07-2018r-1144-dzien-od-nowego-rozejmu/

Serge Halimi: „Pożyteczni idioci” Pentagonu

logo-30_pl6.gif

 

Tekst z  http://monde-diplomatique.pl/LMD144/index.php

 W Waszyngtonie demokraci i republikanie zgodni są co najmniej wtedy, gdy chodzi o walkę z Rosją. Ich zdaniem Władimir Putin wątpi w determinację, z jaką Stany Zjednoczone są gotowe bronić swoich sojuszników i chce chronić swój autorytarny reżim przed zarazą demokratyczną i liberalną. Postanowił zatem napaść na Zachód, toteż, aby zapewnić pokój i demokrację, armia amerykańska i parlamentarzyści z obu partii postanowili kontratakować…

Najpierw armia amerykańska. Pentagon, odpowiadając na zamówienie Białego Domu, zakończył właśnie prace nad studium, w którym opowiada się za szczodrzejszym użyciem broni jądrowej [1]. Jest ona obecnie zbyt destrukcyjna na to, aby można było wyobrazić sobie jej użycie i nie odgrywa roli odstraszającej, więc należy ją znacznie zminiaturyzować i sprawić, aby można było posłużyć się nią w obliczu szerszego niż dotychczas wachlarza agresji. Również „niejądrowych”: zniszczenia sieci komunikacyjnej, użycia „broni chemicznej, i biologicznej, cyberataków” itd.

W 2016 r. kandydat na prezydenta Donald Trump, kiepsko poinformowany o samych podstawach odstraszania, miał zapytać jednego ze swoich doradców: „Po co posiadamy broń jądrową, jeśli nie możemy się nią posłużyć?” [2] We wspomnianym studium Pentagon odpowiada na to na swój sposób. W obliczu „ambicji geopolitycznych” Rosji (ale również Chin) – moskiewskiego pragnienia „zmodyfikowania siłą mapy Europy” i „zakwestionowania ładu międzynarodowego, który nastał wraz z zakończeniem zimnej wojny” – Stany Zjednoczone powinny przystąpić bezzwłocznie do „modernizacji [swojej] broni jądrowej”. Oczywiście po to, aby pozostać „wiernymi strażnikami wolności”. To poświęcenie dla sprawy demokracji jest bezcenne, a raczej ma swoją cenę: jest nią potrojenie amerykańskiego budżetu wojskowego przeznaczonego na broń jądrową.

Taki alarmizm geopolityczny w służbie nowego wyścigu zbrojeń wywołałby w Stanach Zjednoczonych duży sprzeciw, gdyby nie to, że od roku coś, co uchodzi za lewicę amerykańską, uwzięło się, aby prezentować Trumpa jako moskiewską marionetkę [3] – i to do tego stopnia, że zmusza się go do dostaw broni dla Ukrainy (jego demokratyczny poprzednik na to się nie zgadzał) i zaostrzenia sankcji wobec Rosji. Właśnie były wiceprezydent Joseph Biden ucieszył się z tego w artykule, którego tytuł od razu ujawnia wszystkie subtelności jego stanowiska. Brzmi bowiem tak: „Bronić demokracji przed jej wrogami. Jak stawić opór Kremlowi” [4].

W tej samej chwili senatorowie demokratyczni z komisji spraw zagranicznych opublikowali raport, w którym analizuje się „asymetryczny atak Putina na demokrację w Rosji i w Europie”. Jeszcze bardziej oburzona niż zazwyczaj gwiazda dziennikarstwa Rachel Maddow, rzeczniczka „oporu” wobec Trumpa na kanale MSNBC , natychmiast to podchwyciła: „Nasz prezydent nie tylko nic nie zrobił, aby ugasić tę iskrę, ale przyglądał się, jak rosną płomienie!” Może ona spać spokojnie: Pentagon będzie potrafił nad nią czuwać.

tłum. Zbigniew Marcin Kowalewski

[1] A. Feinberg, „Exclusive: Here Is a Draft of Trump’s Nuclear Review. He Wants a Lot More Nukes”, 11 stycznia 2018 r., na http://www.huffingtonpost.com

[2] MSNBC, 3 sierpnia 2016 r.

[3] Zob. S. Halimi, „DonaldTrump débordé par le parti antirusse”, Le Monde diplomatique, wrzesień 2017 r.

[4] Foreign Affairs, styczeń-luty 2018 r.

 

Książka Bronisława Łagowskiego „Polska chora na Rosję”/Historia bez IPN/

Książka prof. Bronisława Łagowskiego prezentuje odmienne od przeważających poglądy na stosunki polsko-rosyjskie i politykę wschodnią. Autor od wielu lat uważa ją za błędną i szkodliwą dla polskiej racji stanu. Polityka ta jest generalnie antyrosyjska i niewiele się różni bez względu na to, kto aktualnie w Polsce rządzi. Rządzący i wtórujący im prawicowi publicyści nie widzą różnicy miedzy Związkiem Radzieckim a Rosją, między Breżniewem a Putinem. Są dla nich symbolami tego samego imperium, które zagraża Polsce. Ciągłe straszenie Rosją wywołuje u niemałej części Polaków przekonanie o nadciągającej wojnie.

Antyrosyjskość, narzucana i wzmagana szczególnie przez ekipy solidarnościowe grozi przekształceniem Polaków w zajadłych rusofobów. Nie rozumie tego cywilizowana Europa, która nie chce uczestniczyć w naszej „wojence” z Rosją.

Z felietonów prof. Łagowskiego:

/Polska chora na Rosję/ Ludzie w Polsce do tego stopnia są przyzwyczajeni do przedstawiania Rosji jako kraju wrogiego, agresywnego i zbójeckiego, że aby przyciągnąć ich uwagę do tematu, trzeba z wielkim nagłośnieniem powiedzieć, że Polska jest od 1939 r. ofiarą rosyjskiego terroryzmu państwowego, że katastrofa smoleńska była aktem tego terroryzmu, podobnie jak wojna z Gruzją i konflikt na Ukrainie, i trzeba jeszcze dodać, że fale emigrantów destabilizujące kontynent europejski są także spowodowane rosyjskim terroryzmem państwowym 

/Polska chora na Rosję/ Pokolenia wychowane po wojnie mają blade pojęcie, o co w tej wojnie chodziło. Łatwo im wmówić, że Hitler i Stalin to tacy sami bandyci, zbrodniarze i jest kwestią bez znaczenia, który dyktator wygrywa. Mówi tak względnie młody człowiek, który bardzo przeżywa swoją genealogię żydowską. Gdyby wygrał Hitler, jego przodkowie zostaliby w taki lub inny sposób wymordowani, ale on ma poczucie, że jakoś mimo to przedostałby się do istnienia.

/Polska chora na Rosję/ Istnieje coś takiego, co się nazywa Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia. Składa się ono z polskich rusofobów i moskiewskich opozycjonistów

/Polska chora na Rosję/ Z polskich mediów papierowych i elektronicznych płynie nieustający potok rozczarowania sankcjami gospodarczymi, jakimi Zachód odpowiada na rosyjską politykę wobec Ukrainy. Te sankcje są zbyt łagodne, sankcje gospodarcze w ogóle są nieskuteczne, a Zachód jak zwykle jest naiwny. Co powinien zrobić Zachód? „Walić pięścią w stół”, mówią niewiasty i mężczyźni ze wszystkich telewizji.

/Polska chora na Rosję/ Ukraińcy mają swoje państwo dzięki Związkowi Radzieckiemu, kto temu przeczy, jest ślepy na fakty lub ma złą wiarę. Moskwa uwolniła Ukrainę na takich warunkach, że końca kłopotów dla niej i dla siebie nie widać. Milcząca część Polaków sojusz z Ukrainą uważa za sztuczny, bo Ukraińcy nie są, historycznie rzecz biorąc, narodem nam przyjaznym; wszystkie od wieku XVIII czynione próby zaprzyjaźnienia się źle się kończyły.

HISTORIA BEZ  IPN

/artykuły od najnowszych do najstarszych /