Elżbieta Korolczuk: Nie oddawajmy emocji populistom!

Źródła sukcesu Prawa i Sprawiedliwości w wyborach parlamentarnych roku 2015 nadal nie zostały w odpowiedni sposób zanalizowane przez liberalne media i opozycję – podobnie jak protesty społeczne takie jak Czarny Poniedziałek. Czy niedawna walka o wolne sądy stanie się zapalnikiem długofalowych zmian na scenie politycznej, czy jedynie drobnym potknięciem PiS-u? Bartłomiej Kozek rozmawia z dr Elżbietą Korolczuk – socjolożką analizującą ruchy społeczne oraz członkinią rady jednej z organizacji stojących za niedawnymi protestami – Akcji Demokracja.

Czy istnieje jakiś powód, dla którego jedne sprawy (np. sądy czy Czarny Protest) angażują dziś w Polsce więcej ludzi niż inne?

Istotną kwestią może być poczucie, że jakaś sprawa może nas bezpośrednio dotyczyć. Każdy z nas może na przykład mieć wypadek i mieć sprawę w sądzie, zależy nam zatem na ich sprawnym funkcjonowaniu.

Jest jednak inna, ważniejsza w tym kontekście kwestia. Do mobilizacji wokół jakiejś sprawy potrzebne są konkretne narzędzia i osoby, które zainicjują protest, dając jak największej grupie ludzi możliwość działania i odnalezienia się w ich akcjach nie tylko jako wykonawcy ale współuczestnicy. Zaangażowanie w takie działania jest częścią procesu upolitycznienia, czyli rozpoznania siebie jako obywatelki/obywatela, jako osoby która ma pewne prawa, obowiązki i wpływ na sferę polityki.

Inicjatorki protestów w sprawie aborcji i Akcja Demokracja zaproponowały pewną formułę protestu, model, który był łatwy do oddolnego replikowania. Czarny ubiór w wypadku walki o prawa reprodukcyjne, palenie zniczy jako symbol walki o wolne sądy, konkretna godzina i miejsce wspólne dla wszystkich miast czyli główny plac miasta albo sąd.

Nikt nie musiał wszystkiego odgórnie koordynować, a na poziomie lokalnym ludzie mogli się włączyć jako inicjatorzy czy organizatorzy, poczuć że są politycznym podmiotem. Taka formuła sprawia, że protesty wychodzą poza wielkie metropolie.

I wreszcie emocje. Ograniczenie prawa do aborcji czy pomysły na upolitycznienie sądów uznawane są za odbieranie ludziom praw, budzą lęk i gniew. To emocje dają ludziom motywację i wolę działania.

Jaka w takich sytuacjach jest rola organizacji takich jak Akcja Demokracja?

Można ją określić jako inicjowanie procesu „political becoming” czyli upolitycznienia. Chodzi o stworzenie takiej sytuacji, w której ludzie poczują się politycznym podmiotem, kimś kto ma wpływ na rzeczywistości i chce ten wpływ wywierać, niekoniecznie tylko przy urnie wyborczej.

Kluczem do działania są tu tymczasem wartości, które mobilizują ludzi do działania niekoniecznie zgodnie z partyjnymi podziałami. Ten typ mobilizacji, w przeciwieństwie do partyjnej, skupia się nie na podkreślaniu różnic, lecz na poszukiwaniu punktów zbieżnych wśród osób o zróżnicowanych poglądach i wrażliwościach.

Celem Akcji Demokracja nigdy nie było stanie się czyimś politycznym zapleczem lecz wspomniana już masowa mobilizacja ludzi wokół konkretnych spraw, ale przede wszystkim konkretnych wartości takich jak równość i sprawiedliwość społeczna. Jako ruch zdaje on sobie sprawę z istniejących różnic, ale to nie one, lecz wspólne wartości dają mu paliwo do działania.

Nie brak jednak głosów mówiących, że mobilizacja tego typu powinna skończyć się na zaangażowaniu i działaniu w obrębie partii politycznych. Ktoś bowiem musi te sprawy reprezentować w parlamencie…

Mobilizacja polityczna na poziomie ruchów społecznych może się kończyć się na zaangażowaniu w partie – rzadko kiedy jednak się od nich zaczyna. Najpierw potrzebujemy przestrzeni na wyrażenie niezgody na rzeczywistość, na wyrażenie potrzeb i zbudowanie wizji tego jak te potrzeby można zaspokoić, a potem zaś szukamy politycznej reprezentacji.

Historia ruchów progresywnych pokazuje to wyraźnie – najpierw pojawia się problem, potem następuje skupienie się ludzi wokół jakiejś sprawy, a dopiero później ruch może przybrać ramy instytucjonalne. Odwracamy kolejność, jeśli chcemy kogoś, kto w końcu ruszył się z fotela, od razu wtłoczyć w rolę wyborcy PO czy Razem.

Dlaczego zatem, skoro doszło niedawno do tak liczebnej mobilizacji, opozycji nie udaje się zdobyć więcej gruntu pod nogami?

Pamiętajmy, że Polska nie kończy się na demonstrujących w obronie sądów, to prawie trzydziestoośmiomilionowy kraj.

W tym samym czasie, gdy na ulice w obronie swoich praw wychodzą tysiące kobiet, PO i .Nowoczesna odmówiły wejścia do komitetu Ratujmy Kobiety, który zbiera podpisy pod projektem prawa zapewniającego dostępna antykoncepcję, edukację seksualną i dostęp do przerywania ciąży. Obie partie rezygnują z wyznaczania standardów czy przekonywania ludzi do czegokolwiek, naczelna zasada to płynięcie z prądem. Próbują zatem gonić PiS.

Opozycja parlamentarna przede wszystkim nie mobilizuje ludzi wokół wizji przyszłości, nie oferuje pomysłu na lepsze, bardziej sprawne i wspierające obywateli państwo. Wierzy, że wystarczy trzymanie się starych, neoliberalnych i konserwatywnych kolein, że wystarczy zadeklarować przywiązanie do demokracji i europejskich wartości, ale bez konkretów. Można tu dostrzec pewien paradoks – jeśli definiować konserwatywny światopogląd jako przekonanie, że lepiej już było, wówczas to lewica okazuje się siłą konserwatywną, idealizującą przeszłość zamiast myśleć o przyszłości.

Opozycja pozaparlamentarna z kolei ma problemy z zaprezentowaniem spójnej, wybiegającej w przyszłość lewicowej narracji, łączącej kwestie ekonomiczne i światopoglądowe. A media – także te liberalne – nie są zainteresowane tym, co te partie mają do powiedzenia.

Ogromnym problemem jest wiara – wyznawana między innymi przez PO ale generalnie przez dużą część obozu liberalnego – że technokratyczny język wygra w starciu z „populistycznymi” emocjami. To się nie uda – nie tylko dlatego, że uniemożliwia to dzisiejszy format funkcjonowania mediów masowych. Nie wystarczy już mgliste prezentowanie swojego przywiązania do „wartości europejskich” jeśli nie jest się w stanie powiedzieć, co znaczą w praktyce albo że mogą one dotyczyć również kwestii związanych z płcią czy seksualnością.

Jak zatem uprawiać progresywną politykę w czasach prawicowego populizmu?

Przede wszystkim trzeba wyjść z koziego rogu oświeceniowej wizji racjonalnej polityki, w której „oświeconych technokratów” przeciwstawia się kierującymi się emocjami populistom.

Historia polityczna pokazuje, że zmiany udawało się realizować tym, którzy mobilizowali ludzi wokół wizji przyszłości dając im wiarę, nadzieję, entuzjazm, poczucie solidarności. Emocje nie stoją w sprzeczności z faktami – to fakty są po to, by wzbudzać w ludziach emocje. Sama nie zostałam feministką dlatego, że zobaczyłam statystyki dotyczące różnic w zarobkach kobiet i mężczyzn tylko dlatego, że potwornie boli mnie krzywda i cierpienie kobiet.

Prawo i Sprawiedliwość jest dziś tak silne dlatego, że jest w stanie wzbudzić silny, emocjonalny odzew społeczny wobec wybiórczo opisanej wizji rzeczywistości. Lewica tego nie potrafi i w efekcie oddaje pole populistom. Powinniśmy wszyscy posłuchać głosu Chantal Mouffe, wedle której emocje i namiętności powinny stanowić bazę każdego projektu lewicowego.

Słabość opozycji nie jest jednak jedynym powodem, dla którego PiS nadal trzyma się mocno. Jesteś jedną z osób nawołującą do zrozumienia przyczyn jego sukcesu wyborczego – co zatem się do niego przyczyniło?

Partia Jarosława Kaczyńskiego odpowiedziała na potrzebę szeroko rozumianego bezpieczeństwa elektoratu. Lider PiS nie jest, jak twierdzą niektórzy publicyści, jakimś szczególnym, genialnym strategiem – owszem nauczył się kilku sztuczek, ale od lat żeglował w tym samym kierunku i w 2015 roku po prostu dostał wiatr w plecy.

Wiatrem tym było poczucie niepewności ekonomicznej, spadek po kryzysie 2008 roku. Nie chodzi tu o realny spadek zatrudnienia czy wzrost inflacji, ważne jest to, że w odczuciu dużych grup ludzi sytuacja wydawała i wydaje się niepewna. Na odczucie to wpływały między innymi doniesienia medialne, a także przeszłe doświadczenia, ale to dojmujące poczucie niepewności ma zasadniczy wpływ na to jak widzimy otaczającą nas rzeczywistość – raczej w kategoriach zagrożeń niż szans.

Poczucie zagrożenia istotnie pogłębił w roku wyborczym (2015) kryzys uchodźczy. PiS wykorzystał to by grać wszechobecnym w polskim kontekście motywem zagrożenia dla naszych granic, naszej ojczyzny i naszych domów. Tyle, że tym razem zagrożenie przybrało formę nie czołgów jak kiedyś, lecz terrorystów przebranych za uciekających przed wojną ludzi.

W jaki sposób doszło jednak do utożsamienia niepewności ekonomicznej z uchodźcami?

Arlie Hochschild opisała ten mechanizm w swej najnowszej książce o republikańskich wyborcach Tea Party w Luizjanie. Określiła go mianem „deep story” czyli głęboką opowieścią o tym, jak zbudowany jest świat. W wypadku Stanów Zjednoczonych taką głęboką opowieścią jest kolejka, której stoją wszyscy obywatele, to do spełnienia „amerykańskiego snu” – wszyscy mają mieć tu równe prawa, a w wypadku gdy będzie się dostatecznie ciężko pracować uda się osiągnąć sukces.

Na głębokim południu USA badaczka zaobserwowała kryzys wiary w ten model. Kolejka nie wydaje się już być fair, a rząd federalny postrzegany jest jako ten, który wspiera wpychanie się do niej kolejnych grup – kobiet, czarnych, Meksykanów, uchodźców.

W Polsce analogiczną opowieścią może być metafora wspólnego domu. Po rozbiorach, wojnach, okresie PRL polską wyobraźnię porządkuje obietnicą tego, że jak u Staffa: „Będziemy znowu mieszkać w swoim domu, Będziemy stąpać po swych własnych schodach”.

Po roku 1989, po okresie PRL kiedy to ów dom był co najwyżej wynajmowany, obiecano nam możliwość jego posiadania na własność. Każdy ma w nim znaleźć miejsce dla siebie. Ma dawać nam bezpieczeństwo, poczucie przynależności, ale ta wizja ma też i drugie dno, zarazem dom jest przestrzenią zamkniętą, może izolować nas od świata zewnętrznego.

I teraz ktoś chce, byśmy w tym domu zrobili miejsce dla uchodźców?

PiS wspiera wizję, w której „zwykli ludzie” mieszkają w suterenie, a tu ktoś chce im nagle dokwaterować kogoś na pierwsze piętro. Kiedy w taką wizję się uwierzy to pojawia się poczucie głębokiej niesprawiedliwości, krzywdy wyrażonej w stwierdzeniach, że „powinniśmy wydawać pieniądze na pomoc biednym polskim dzieciom, a nie obcym”.

W tej sytuacji argumenty o odwołujące się do wrażliwości, empatii i gościnności, poza pewną małą grupą, pozostaną zupełnie nieprzekonujące. Tak jak w przypadku wyborców Tea Party tak i Polacy czują się w dużej mierze ofiarami: historii, transformacji, zewnętrznej ingerencji. Zmuszanie ich do zmiany reguł odczuwania budzi bunt, który staje się buntem przeciwko moralizatorstwu lewicy. Jedno, czego na pewno nie warto robić to moralizować. Lewica jest w tym niestety dobra – i przez to ponosi dziś klęskę.

Jeśli już próbować znaleźć alternatywną opowieść to może warto odwołać się do doświadczenia samych Polaków jako narodu migrującego, którego kilkanaście milionów reprezentantów rozsianych jest po świecie. Wówczas nasz dom rozszerza się na cały świat, staje się domem które inni dzielą z nami – a my z nimi.

Wiemy już, co opozycja robi źle. Co zatem powinna robić, by odzyskiwać pole? Czy wspomniane przez Ciebie pęknięcie między wizją państwa a realizowaną przez PiS rzeczywistością może tu być pomocne?

Punktowanie PiS jest konieczne, choć każda strategia niesie ze sobą pewne ryzyko. Jednym ze sposobów jest na przykład wykorzystanie powszechnego w Polsce resentymentu wobec wszechwładnego, wszechogarniającego państwa by krytykować rozrastanie się obecnej władzy. Emocja ta widoczna była w trakcie Czarnego Protestu oraz obrony sądów: większość z nas obawia się interwencji państwa w naszej sferze prywatnej i rodzinnej. Trudno nią jednak grać osobom, które od lat mozolnie próbują budować zaufanie obywateli do instytucji publicznych.

Inną strategią jest dyskutowanie o politykach socjalnych. Nie tyle powinno ono służyć okopywaniu się za lub przeciw konkretnym rozwiązaniom (np. programowi 500+), chodzi o pokazywanie całości, pokazywanie konsekwencji różnych działań i tego jak zmieniają one relację obywatel-państwo. Większość Polaków i Polek chce państwa opiekuńczego ale nie autorytarnego i wszechobecnego, takiego które będzie dobrym wujkiem a nie brutalnym ojcem-patriarchą.

Ważnym wątkiem jest tu również dychotomia przeszłość-przyszłość. W ciągu ostatnich 2 lat państwo uległo sporej przemianie. Wizja PiS wydaje się coraz bardziej oczywista – to autorytarne państwo bez silnych instytucji oraz narzędzi kontroli rządzących, silnie spersonalizowane wokół pragnień Jarosława Kaczyńskiego. Potrzebna jest dyskusja nad tym, jak powinno ono zmieniać się i wyglądać za 5-10 lat, tak by osią dyskusji była przyszłość i konsekwencje dzisiejszych zmian a nie ciągle 500+. Potrzeba sporu wokół wizji politycznych.

Jaką receptę – mając na uwadze wszystko co powiedziałaś do tej pory – miałabyś dla progresywnych ruchów i partii politycznych, zmagających się z prawicowym populizmem w Europie i poza nią?

Po pierwsze, nigdy nie lekceważcie ludzkiej potrzeby bezpieczeństwa. Ważne są tu nie tylko fakty, ale również to, czy ludzie czują się bezpiecznie.

Po drugie – nie zapominajcie o edukacji i formowaniu postaw przyszłych pokoleń. Być może największy błąd polskiej transformacji popełnił obóz liberalny uznając, że może je zostawić konserwatystom czy kościołowi.

Po trzecie wreszcie – nie lekceważcie potrzeby mitów i narracji, potrzeby opowieści o świecie, które będą łączyły prostotę przekazu z siłą wyrazu. Potrzebujemy przekonująco opowiedzianych, budzących emocje historii, opartych na faktach, a nie kłamstwach.

Po czwarte, nie bójcie się marzyć – nawet jeśli jak pisze Michael Kazin marzyciele nie zawsze wygrywają, ich marzenia kształtują rzeczywistość.

Pamiętajcie – historia jeszcze się nie skończyła.

Tekst pochodzi ze strony greeneuropeanjournal.eu

Tekst z : http://www.lewica.pl/?id=31759&tytul=El%BFbieta-Korolczuk:-Nie-oddawajmy-emocji-populistom!

Reklama

Małgorzata Anna Maciejewska: Czy elity mogą wygrać z PiS?

Za zgodą Autorki

http://wjadrodyskursu.blogspot.com/2017/12/czy-elity-moga-wygrac-z-pis.html

http://www.lewica.pl/?id=31746&tytul=Ma%B3gorzata-Anna-Maciejewska:-Czy-elity-mog%B1-wygra%E6-z-PiS?

***********************

PiS właśnie domyka drugą turę przejmowania kontroli nad sądownictwem, gigantyczna kara dla TVN pokazuje, w jaki sposób prawdopodobnie będą kneblowane media nieprzychylne rządowi, a mimo to poparcie dla partii rządzącej nie maleje. Wręcz przeciwnie, sięgnęło właśnie 50%. Jednak jeśli uznamy, że połowa polskiego społeczeństwa chce demontażu państwa prawa, albo z głupoty sprzedaje wolność za 500+, to nigdy nie powstrzymamy autorytarnych zapędów PiS. Protesty na ulicach, wyrazy zaniepokojenia czy nawet sankcje międzynarodowych organizacji będą mało skuteczne, jeśli rządzący będą czuli, że popiera ich znaczna część obywateli i obywatelek.

Dlatego musimy zadać sobie pytanie, jak to możliwe, że działania, które dla jednych stoją w jaskrawej sprzeczności z konstytucją, dla innych są odzyskiwaniem godności? Jeśli zwolenników PiS przekonuje argumentacja, że ustawy o sądach mają na celu po prostu odebranie ich elitom, które je zawłaszczyły, jak bardzo musieli dotąd czuć, że to państwo nie jest ich państwem? Jak silna musi być potrzeba odzyskania go, skoro nie pozwala dostrzec zagrożeń płynących z przyznania pełni władzy jednemu ugrupowaniu?

Źródło naszych obecnych kłopotów – oraz klucz do ich rozwiązania – nie leży zatem w domniemanym szaleństwie Jarosława Kaczyńskiego, ani też w żądzy władzy czy cynizmie obozu rządzącego. Sednem problemu jest to, że narracja o elitach, które zagarnęły państwo i upokarzały zwykłych ludzi, adekwatnie odzwierciedla odczucia milionów Polek i Polaków.

Jak w Polsce postrzegane są elity? To zagadnienie było przedmiotem sondażu, jaki „Polityka” zleciła w czerwcu pracowni Kantar Public. Pokazał on, że elitarność to przede wszystkim pieniądze i wpływy – tak odpowiedziało prawie 70% badanych, przy czym 19% podpisało się pod twierdzeniem, że ów majątek i pozycja zostały uzyskane w okresie transformacji. Tylko 20% uznało, że do elity należy się ze względu na swoje zdolności, kompetencje czy moralny autorytet. Elita odbierana jest też jako zamknięta (jedynie 12% uważa, że łatwo się do niej dostać) i oceniana negatywnie: złe zdanie o elicie politycznej ma 59% respondentów. W tym kontekście nie dziwi, że tylko 2% respondentów odpowiedziało twierdząco na pytanie, czy przynależą do jakiejkolwiek elity, a 94% z całą pewnością z elitami się nie identyfikuje. Ponadto tylko 18% badanych chciałoby, aby do elity weszły ich dzieci.

Analizując te wyniki Mariusz Janicki stwierdza, że przyczyną może być PiS-owska nagonka na elity i lęk, by nie zostać naznaczonym jako wróg narodu. Pisze też o „średniactwie” i braku wiary w możliwość przekraczania własnych ograniczeń. Ale czy to naprawdę źle, że dla większości z nas przynależność do zamkniętego klubu władzy opartego na rywalizacji o bogactwo i wpływy nie jest wcale powodem do dumy? Czy coś takiego można nazwać ambitnym przekraczaniem własnych ograniczeń?

Elitę można pojmować na dwa sposoby, które wyraźnie ujawniły się w przytaczanym badaniu. Po pierwsze, elitarność może oznaczać ekskluzywność: walkę o dominację, z której zostają wykluczeni wszyscy nieposiadający wystarczających zasobów i znajomości. W tym sensie elitarność jest sprzeczna z demokratyczną równością wobec prawa, o równych szansach i merytokracji nie wspominając. Zgodnie z omawianym sondażem właśnie tak postrzegane są w Polsce elity, dlatego nie dziwi, że hasła walki z nimi trafiają na podatny grunt.

Przeciwnicy PiS odpowiadają wtedy używając drugiego rozumienia elity: jako grupy wyróżniającej się mądrością, kwalifikacjami czy standardami moralnymi, i biją na alarm, że partia rządząca chce pozbawić polskie społeczeństwo autorytetów. Sęk w tym, że elita rozumiana merytorycznie nie może być elitarna w wykluczającym sensie tego słowa. Gdyż jeśli to władza i pieniądze zaczynają decydować o przynależności do szczupłej grupy wybrańców, to nie ma miejsca na rzetelną ocenę zdolności i dokonań. Ich podstawą jest bowiem krytycyzm, na który żadna władza nie zamierza pozwalać, jeśli może go uniknąć. Autorytet tylko wtedy może być naprawdę autorytetem, jeśli zakłada możliwość własnej omylności. Jeśli jasne jest, że czasami osoba nie posiadająca tytułów, doświadczenia ani nawet odpowiedniego wykształcenia może lepiej ocenić daną sytuację lub wymyślić oryginalniejsze rozwiązanie konkretnego problemu.

Niestety dynamika ludzkiej psychiki sprawia, że mając pozycję autorytetu trudno nie wykorzystywać władzy, jaka się z nią wiąże, do uciszania innych głosów. Przy czym mechanizm ten wspierany jest zarówno przez osoby posiadające ten status, jak też ich sympatyków i admiratorów. Z jednej strony odpowiedzialne jest za to nasze lenistwo intelektualne: zamiast sami się nad czymś dogłębnie i krytycznie zastanawiać, wolimy zaufać danej z góry opinii. Czasami zresztą zwyczajnie nie mamy kompetencji, aby w jakiejś sprawie rzetelnie wyrobić sobie własne zdanie, a możliwość oparcia się na „naukowo udowodnionych” sądach daje nam poczucie bezpieczeństwa. I nawet jeśli skądinąd wiemy, że nauka bywa omylna, a bezsporne dowody występują tylko w matematyce, wolimy o tym zapomnieć, aby móc żyć w zrozumiałym świecie. Ci, którzy podważają prawdy głoszone przez nasze ulubione autorytety, utrudniają nam to zaburzając nasz spokój ducha.

Z drugiej strony uznanie związane z pozycją autorytetu często osłabia autokrytycyzm. Oczywiście istnieją naukowcy, którzy im więcej rozumieją z badanego przez siebie wycinka rzeczywistości, tym większą mają świadomość niepełności swojej wiedzy i za Sokratesem powtarzają: wiem, że nic nie wiem. Jednak próżność jest cechą aż nadto ludzką i trudno nie ulegać jej w mniejszym lub większym stopniu. Jest to tym trudniejsze, gdy w grę wchodzi medialny szum i sława, która potrafi odurzyć nawet najbardziej racjonalne umysły. Dlatego opiniotwórcze elity (z tytułami naukowymi czy bez) często przyjmują celebrycką zasadę, że najważniejsze, by o nas mówili, wszystko jedno jak. W pogoni za narkotykiem rozgłosu gubi się poszukiwanie prawdy, a dążenie, by wygryźć konkurencję, skłania do formułowania kontrowersyjnych, efektownych tez mających niewiele wspólnego z rzetelnymi dociekaniami. Takie mechanizmy w nauce nie są zresztą czymś swoistym dla epoki medialnej walki o oglądalność i kliki. Już Rousseau krytykował dążenie do poklasku i zaszczytów jako niszczące naukę, która zaczęła zamieniać się w „pragnienie popisania się kosztem strony przeciwnej; każdy chciał zwyciężyć, nikt się oświecić; silniejszy zmuszał słabszego do milczenia; nigdy dysputa nie kończyła się bez obelg, a jej owocem były zawsze prześladowania”.

Te mechanizmy sprawiają, że nawet najbardziej merytoryczna elita ma tendencję do przekształcania się w elitę opartą na władzy. Zwróćmy uwagę, że słowo „elitarny” z definicji odnosi się do wąskiej grupy i kojarzy się z wykluczeniem większości. „Elita” nie oznacza po prostu „grupy mądrych ludzi”, bo tych przecież może być bardzo wielu i wtedy nie nazwiemy ich elitą. Mówimy jednak jak na razie tylko o elitach intelektualnych i kulturowych, które przynajmniej teoretycznie stawiają sobie za cel dążenie do prawdy, dlatego opisana przez Rousseau walka o zaszczyty i władzę poprzez pochlebstwa i bezlitosną rywalizację jest tam czymś wstydliwie ukrywanym.

Natomiast w przypadku elit biznesowych i politycznych, które w znacznym stopniu wpływają na wizerunek elity jako całości, takie praktyki uważane są za normalne reguły gry. Polityka uznawana jest powszechnie za sztukę przypodobania się wyborcom i wyeliminowania konkurencji, a mijanie się z prawdą czy składanie obietnic bez pokrycia jest tak nagminne, że traktowanie wypowiedzi polityków w pełni serio poczytywane jest za krańcową naiwność. Podobnie też w biznesie nie wygrywa ten, kto oferuje lepsze produkty czy usługi, ale ten, kto umie zdobyć przewagę na rynku (na przykład poprzez płacenie zaniżonych stawek pracownikom czy omijanie przepisów bezpieczeństwa) i przekonać klientów, że to właśnie jego produkt jest im niezbędny do życia. I chociaż zbyt jaskrawe fałszowanie rzeczywistości bywa karane, nikt przy zdrowych zmysłach nie szuka rzetelnych informacji w reklamach.

Powszechnie przyjmuje się też, że zarówno biznes, jak i polityka opierają się na budowaniu sieci towarzyskich kontaktów oraz współzależności wynikających z historii wzajemnych przysług. Takie działania są zalecane przez doradców biznesowych i uznawane za oczywiste przez komentatorów politycznych. Wszyscy wiemy o tysiącach układów i układzików, które opierając się na promowaniu „swoich” z definicji wykluczają merytoryczność, ale gdy ktoś zaczyna budować poparcie polityczne na walce z wszechogarniającym układem, zostaje uznany za paranoika. Przypomnijmy, że źródłem sukcesu Jana Kulczyka – po śmierci żegnanego przez media głównego nurtu jakby był bohaterem narodowym – była właśnie umiejętność utrzymywania świetnych relacji z każdą kolejną ekipą rządzącą. Czy można się dziwić, że większość społeczeństwa ma poważne wątpliwości, czy to właśnie tego rodzaju talenty powinny być najbardziej hojnie wynagradzane materialnie?

Wróćmy jednak do elity naukowo-medialnej i jej uwikłania w mechanizmy władzy i wykluczania. Posiadanie pozycji autorytetu sprawia, że jest się słuchanym z większą uwagą i banały wypowiedziane przez znanego profesora lub publicystę będą szeroko komentowane, lecz nikt nie poświęci uwagi znacznie oryginalniejszym tezom autorki nie posiadającej tak zwanego „nazwiska”. Rodzaje gramatyczne nieprzypadkowo zostały w poprzednim zdaniu użyte właśnie w ten sposób, gdyż na władzę wynikającą z autorytetu nakładają się inne płaszczyzny przywileju, takie jak płeć, ale także klasa czy rasa. Pokazano kiedyś, że ten sam tekst oceniany był przez uczestników eksperymentu wyżej, gdy podpisano go męskim nazwiskiem, jednak w konkretnych przypadkach niezwykle trudno udowodnić wystąpienie takiego mechanizmu. Kryteria oceny są zawsze w jakimś stopniu subiektywne, a jeśli w danym społeczeństwie występuje tendencja do dodawania mężczyznom punktów za płeć, będzie ona wpływać na naszą ocenę także, gdy ktoś oświadczy, że ten oto tekst napisany przez kobietę nie został doceniony, chociaż w rzeczywistości jest lepszy od innego artykułu napisanego przez mężczyznę. Oceniając zasadność tego zarzutu nie jesteśmy w stanie „wyłączyć” wiedzę, jakiej płci jest osoba, która je napisała. To samo dotyczy wypowiedzi osoby mówiącej z wiejskim akcentem i błędami gramatycznymi – nawet jeśli co do meritum ma rację, ma małe szanse wygrać z „ekspertem” w garniturze.

Dlatego wykluczanie pewnych perspektyw ze społecznego dyskursu nie polega tylko na tym, że ten oto konkretny pan nie dopuścił do głosu tej pani, która, tak się dziwnie składa, była jedyną kobietą wśród kliku mężczyzn zaproszonych do audycji. Oczywiście takie zdarzenia mają miejsce, można je wskazywać i analizować, ale w systemie, w którym uprzywilejowanie pewnych grup jest przezroczyste jak powietrze, każdą taką sytuację można zakwestionować na przykład jako indywidualny brak kultury danej osoby. Wykluczanie nie jest wyłącznie kwestią jednostkowych zachowań, ale przyjętych w danym społeczeństwie nierównych kryteriów oceny wypowiedzi osób z różnych grup oraz ich nierównego dostępu do mediów i społecznej uwagi. Samo istnienie tych nierówności prowadzi do uciszania pewnych głosów, dlatego jeśli osobom z grup dominujących zależy na tym, aby każdy miał autentycznie równą pozycję w dyskusji, nie mogą korzystać ze swoich przywilejów jak z czegoś naturalnego, lecz muszą aktywnie działać na rzecz wyrównania szans w społecznym dyskursie. Czy polskie elity opiniotwórcze podejmowały takie działania? Czy starały się włączać do dyskursu odmienne od swoich perspektywy?

Ale właściwie dlaczego dominujący mieliby to robić? Właśnie po to, aby nie stać się znienawidzoną elitą, która koniec końców zostanie zmieciona przez partie szermujące antyelitarnymi hasłami. Przy czym nienawiść do elit opartych na władzy przenosi się automatycznie na elity merytoryczne i skutkuje wszechobejmującą nieufnością wobec jakichkolwiek eksperckich ustaleń, podważaniem nauki oraz wszelkich autorytetów, które nie stoją po stronie ugrupowań wypowiadających wojnę elitom. Z taką sytuacją mamy obecnie do czynienia nie tylko w Polsce, a może ona doprowadzić na skraj przepaści nie tylko instytucje danego państwa, ale nawet, jak w przypadku negowania wpływu człowieka na klimat, zagrozić przyszłości naszego gatunku. Dlatego aby wydobyć się z naszych obecnych kłopotów, musimy pamiętać, jak łatwo wiedza przekształca się we władzę, która z wiedzą nie ma już wiele wspólnego.

Dzieje się tak zwłaszcza w przypadku rządów, które roszczą sobie prawo do naukowości. To, że tak wiele osób głosowało nie tyle na PiS, ile przeciwko PO, wynikało bowiem nie tylko z arogancji poprzedniej władzy z jej ośmiorniczkami i „za 6 tysięcy może pracować tylko idiota albo złodziej”, ale także z jej technokratyczności. Podobnie jak partie odsuwane od władzy przez populistów w innych krajach, działania rządu PO opierały się na założeniu, że istnieją jakieś obiektywne reguły rządzenia. A ponieważ są one „naukowo udowodnione”, nie ma ani potrzeby, ani też możliwości tłumaczenia ich maluczkim, którzy powinni się eksperckim ustaleniom po prostu podporządkować. Taka bezalternatywność rodzi bunt, zwłaszcza jeśli połączona jest z przekazem, że skoro nie macie doktoratów z ekonomii, to wasze zdanie się nie liczy. Nie macie możliwości w żaden sposób wypowiedzieć się w dyskusji, w której zapadają decyzje wpływające namacalnie na wasz los.

A to oczywiście kolejny powód, by dołączyć do kampanii przeciwko elitom. PiS pokazał, że wieczne „nie stać nas” było kłamstwem: można realizować programy społeczne i jeśli się dobrze poszuka pieniędzy z podatków, budżet wcale nie musi się od tego zawalić. Coraz wyraźniej widać to, co lewica mówiła od dawna: dziwnym trafem owe „naukowe” zasady rządzenia okazują się korzystne dla posiadających władzę i pieniądze, a zatem ich podważanie oznacza naruszanie ekonomicznego interesu elity sprzecznego z interesem większości.

I to jest owo pokaźne ziarnko prawdy będące przyczyną nośności haseł odsuwania elit od koryta. Z całą pewnością większość osób protestujących przeciwko niszczeniu Trybunału Konstytucyjnego, zawłaszczaniu mediów i sądownictwa nie należała do elit władzy i bogactwa. Ale za to, że ten argument był przekonujący dla znacznej części społeczeństwa, odpowiedzialna jest władza przedkładająca własne interesy nad dobro ogółu i zasłaniająca się w tym procederze naukowością. Są za to także odpowiedzialne elity akademickie, które pozwoliły na tworzenie takiej zasłony dymnej, nie dopuszczając do krytyki własnych ideologicznych założeń i uznając, że wyjaśnianie swoich wniosków społeczeństwu jest czymś zbędnym. I oczywiście także elity medialne przypinające łatkę populizmu wszelkim tezom podważającym neoliberalne dogmaty.

Ekonomia nie opisuje praw przyrody jak fizyka czy chemia. A skoro jej ustalenia są uzależnione od przyjętych wartościowań i ideologii, to nasze polityczne i ekonomiczne teorie muszą uwzględniać punkt widzenia wszystkich, których będą dotyczyły skutki ich zastosowania. Losy PO oraz innych technokratycznych partii pokazują, że w polityce działa zasada heglowskiej dialektyki: im bardziej nie dopuszczamy do głosu innych perspektyw, tym bardziej rosną one w siłę. I zasłanianie się naukowym dyskursem nic tu nie pomoże, co najwyżej doprowadzi tylko do podważenia autorytetu nauki jako takiej.

Jeśli celem polityki ma być racjonalne urządzenie społecznego świata i zapobieganie poważnym konfliktom społecznym, to ci, którzy mają w danym momencie więcej władzy, muszą się stale samoograniczać dbając o to, by inni nie utracili poczucia, że państwo należy także do nich. Zaś ci, którzy dysponują zasobami wiedzy oraz kompetencjami umożliwiającymi przekonujące przedstawianie własnych racji, muszą starać się, by nie wykorzystywać tych narzędzi, świadomie lub nie, do uciszania innych punktów widzenia. Bo polityka jako dążenie do zdominowania przeciwnika oraz służąca takiej polityce wiedza przynoszą opłakane rezultaty.

Można by jednak argumentować, że przecież PiS buduje własne elity oraz używa wszelkich dostępnych środków do uciszania przeciwnych opinii, a elitarność jest postulowanym celem dokonywanej przez ministra Gowina reformy szkolnictwa wyższego. Czy nie wynika stąd, że to wcale nie układowo-technokratyczna elitarność była przyczyną porażki PO i obecnej nośności antyelitarnego dyskursu i lud po prostu lubi mieć nad sobą jakąś elitę?

Nie, to błędne myślenie. PiS-owi uchodzi więcej, ponieważ wykluczeni identyfikują się z nim – bo był, podobnie jak oni, pozbawiany dostępu do mediów głównego nurtu i otaczany „kordonem sanitarnym”. Dlatego odbieranie władzy i przywilejów poprzednim elitom nie jest postrzegane jako budowanie nowej (chociaż tym de facto jest), ale właśnie jako odzyskiwanie kontroli nad naszym wspólnym państwem. Dlatego jeśli chcemy zatrzymać destrukcyjne zapędy partii rządzącej, nie możemy po prostu czekać, aż ci, którzy ją wynieśli do władzy, zorientują się, że znów zostali wykorzystanym przez kolejną elitę „ciemnym ludem”. Bo reakcją z całą pewnością nie będzie przywrócenie poprzedniej elity, ale albo wycofanie się z polityki w przekonaniu, że jej instrumenty nie dają żadnej możliwości wpływania na rzeczywistość, albo też poszukanie innych, niedemokratycznych sposobów jej kształtowania.

Jakie zatem powinny być polskie elity? Aby skończyć z szaleństwem władzy, która niszczy państwo opierając się na antyelitarnym dyskursie, potrzebujemy nie tyle odpowiednich elit, lecz przede wszystkim mądrego społeczeństwa. Wiedza i umiejętność krytycznego myślenia nie może być domeną wąskiej grupy, lecz każdego, kto jest jakkolwiek zainteresowany kształtowaniem własnego otoczenia. Oczywiście nie wszyscy mają jednakowe zdolności intelektualne i z pewnością nikt nie ma obecnie możliwości opanowania całości ludzkiej wiedzy. Dlatego podział pracy jest nieunikniony i osoby, które poświęciły znaczną ilość czasu na zbadanie pewnych zagadnień, muszą oczywiście być szczególnie uważnie słuchane w dyskusjach na dany temat. Ale konieczne jest włączanie w te dyskusje jak najszerszych społecznych kręgów, jasne tłumaczenie naukowych ustaleń oraz otwarta analiza ideologicznych uwarunkowań i interesów osób zawodowo zajmujących się wyjaśnianiem naszego świata.

A zatem jeśli elity mają wygrać z PiS, ich rola musi polegać przede wszystkim na budowaniu mądrego, krytycznego społeczeństwa. Dlatego nie mogą wykorzystywać przewagi płynącej z większych kwalifikacji, aby ścigać się o władzę i bogactwo – nie mogą przekształcać się w elity wykluczające. Drodzy członkowie i członkinie elit naukowych, medialnych i politycznych: czy jesteście gotowi zostać takimi elitami? Czy jesteście gotowi edukować, wyjaśniać i przede wszystkim słuchać, a nie tylko pouczać i walczyć o własną wysoką pozycję ekonomiczną i społeczną? Czy zamiast delektować się poczuciem własnej elitarności, będziecie starali się włączać jak najwięcej osób do dyskusji o naszym wspólnym państwie?

——————————————————————

Pierwsza wersja tego tekstu powstała w sierpniu. W kolejnym wpisie przedstawię historię prób opublikowania go w mediach głównego nurtu, a także różne sposoby mierzenia się przez owe media z pytaniem o nośność antyelitarnego dyskursu. Dowiemy się zatem, jak elity odpowiadają na postawione w ostatnim akapicie pytania.