Bloger Adnovum o tym jak kompradorskie środowiska pisowskie podnoszą Polskę z kolan. Na przykładzie Domu Polskiego we Lwowie

Pisowskie kompradorskie środowiska polityczne oskarżały PO , że za ich rządów Polska jest na kolanach.

I obiecywały , że za ich rządów Polska wstanie z kolan. Jak wygląda to wstawanie z kolan w stosunku do USA i Izraela wszyscy wiemy.

Mamy też świadomość, że ambasada USA w Warszawie staje się jednym z ośrodków -nieformalnym – władzy w Polsce.

Ale nie wszyscy zdaja sobie sprawę jak to wygląda w relacjach z Ukrainą.

Kompradorskie środowiska pisowskie są bezradne wobec działań środowisk ukraińskich na Ukrainie przesiąkniętych nacjonalizmem i którzy publicznie gloryfikują zbrodniczą UPA.

*************************

„Otwarcie Domu Polskiego we Lwowie jest planowane na rok 2021”– poinformowali prawie dwa tygodnie temu podczas wizytacji tego obiektu szef kancelarii Senatu RP minister Jakub Kowalski i prezes Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” Dariusz Piotr Bonisławski.

Rozpoczęta pod koniec 2015 roku budowa Domu Polskiego we Lwowie miała być ukończona w listopadzie 2018 roku, czyli w 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości. Niestety nie udało się to. Przesunięto wtedy datę oddania do użytku tego obiektu na 2020 rok, kiedy to miał być ostatecznie przygotowany do otwarcia jest planowane zakończenie budowy obiektu. Obecnie okazuje się, że ten dzierżawiony tylko na 49 lat z łaski ukraińskich włodarzy Lwowa, a którego orientacyjny koszt na obecną chwilę wzrósł grubo o ponad dwa razy od początkowych założeń na poziomie 17 mln złotych, ostatecznie ustalono go na 42-43 mln złotych, ma być oddany do użytku dopiero w 2021 roku. A więc jak dobrze pójdzie- trzy lata po setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości.

Niezłe tempo. Może wreszcie na początku kadencji Sejmu uda się tą jakże istotną dla prestiżu Polski inwestycję dokończyć. Polacy na Ukrainie czekają na to z niecierpliwością.

Przypomnę, że Polska otrzymała od Rady Miasta Lwowa teren pod budowę Domu Polskiego w 2013 roku. W przyszłości miejsce to ma być siedzibą stowarzyszeń polskich, centrum kultury polskiej i miejscem dialogu polsko-ukraińskiego.

Dom Polski we Lwowie ma składać się z dwóch części: starej, czyli dawnych koszar wojskowych i nowej, która jest w budowie. W nowym skrzydle swoją siedzibę będą miały organizacje polskie, znajdzie się tam również sala widowiska, z której prawdopodobnie będzie korzystał między innymi Teatr Polski. Dawne koszary zamienią się w hotel i restaurację. Projekt jest wzorowany na Domu Kultury Polskiej w Wilnie, w który od 2001 roku odbywają się polskie koncerty, wystawy, imprezy czy spektakle teatralne.

Pomimo tych bardzo ambitnych planów budowa Domu Polskiego ww Lwowie idzie jak po grudzie.

Ponad 6 lat temu w grudniu 2013 roku lwowski samorząd przekazał miejscowym Polakom symboliczne klucze do długo oczekiwanego i dla wielu wymarzonego Domu Polskiego. Niestety, choć decyzja o inwestycji zapadła z jej realizacją od początku były problemy. Prace ostatecznie ruszyły wiosną 2016 roku. Ale już kolejny rok rozpoczął się gwałtownym zwolnieniem prac. Bo przez kilka miesięcy nie wiadomo było kto i ile za nie zapłaci. Już w lipcu było wiadomo, że harmonogram prac stał się nieaktualny i dopiero jesienią prace znowu nabrały tempa dzięki ponad 4 milionom przekazanym przez polski senat. W zeszłym roku roku pieniędzy było już dwa razy więcej bo w sumie ponad 10 mln złotych ale sytuacja niestety się powtórzyła. Między innymi w związku ze zmianą projektu i całkiem nowym pozwoleniem na budowę, ale nie tylko, jest też nowy wykonawca.

Opóźnienie budowy Domu Polskiego wynikało z trudności czynionych przez administrację Lwowa.

Chodzi o to, że kiedy inwestor przejął już działkę w celu rozpoczęcia budowy, okazało się, że jej warunki dzierżawy nie są takie same jak w dokumencie przekazania działki. Zamiast 49 lat, Ukraińcy zaoferowali tylko pięcioletni okres dzierżawy.

Pretekstem do tak drastycznego ograniczenia terminu dzierżawy, który nota bene całkowicie zmieniał jej warunki, co praktycznie robiło z tej inwestycji zamysł nieopłacalny.

Pretekstem do zmiany okresu dzierżawy było zdaniem lwowskich władz to, że część działki przylegająca do ulicy podlega innym przepisom niż działka, na której znajdują się obiekty, które docelowo mają służyć celom Domu Polskiego. Co ciekawe, działka ma ok. 5 tys. metrów, a tylko 700 metrów kwadratowych objętych jest ograniczeniami użytkowania. Nieruchomość stanowi jednak spójną całość.

Kłody rzucane przez włodarzy Lwowa dotyczące sprawy budowy Domu Polskiego są tylko czubkiem góry lodowej.

I tak, Rada Miejska w Przemyślu w dniu 05.12.1994 r. podjęła uchwałę dotyczącą podpisania umowy o współpracy między Przemyślem i Lwowem. 10 czerwca 1995r. w Przemyślu nastąpiło uroczyste podpisanie umowy między miastami. Współpraca się rozwijała……. ale tylko jednostronnie. Radcy z Przemyśl obdarowywali Ukraińców wszystkim tym czego tylko oni sobe zażyczyli, np.: gmach Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej, zespół budynków Szkoły przy ul. Basztowej, Ukraiński Dom Ludowy, itd. W tym samym czasie Ukraińcy ze Lwowa odwrotnie, najwyżej obiecywali.

Przykładowo- tak postępuje strona polska w stosunku do społeczności ukraińskiej mieszkającej w Przemyślu, 21 marca 2011 roku Prezydent Miasta Przemyśla Robert Choma podpisał akt notarialny przenoszący prawo własności budynku przy ul. Tadeusza Kościuszki 5 w Przemyślu, którym jest Ukraiński Dom Ludowy na Związek Ukraińców w Polsce (ZUwP). Zgodnie z wnioskiem ZUwP, za zgodą wojewody Podkarpackiego, zbycie nastąpiło z 99% upustem. Piotr Tyma, prezes Zarządu Głównego Związku Ukraińców w Polsce zapewnił, że też popiera sprawę Domu Polskiego we Lwowie, na zasadzie wzajemności.

A jak w sprawie problemu Domu Polskiego we Lwowie postąpiła Rada Miejska Lwowa?

Wyglądało to tak: nie oddano żadnego budynku polskiego na placówkę kulturalną by służyła podtrzymaniu kultury, języka i tradycji Polaków żyjących we Lwowie. Zamiast tego w 2013 r. samorząd Lwowa przekazał miejscowym Polakom symboliczne klucze do starego budynku kiedyś należący do wojska, który musi przed tym jednak zostać gruntownie wyremontowany bo nie nadaje się do użytku, dlatego obok ma powstać nowy budynek . Obydwa mają być połączone przeszklonym patio. Obiekt przekazano po wielkich bojach tylko na 49 lat, w Przemyślu oddawane są budynki na stałą własność i bardzo często wyremontowane.

Trzeba dodać, że nawet w kwestii przekazania symbolicznych kluczy na przyszły Dom Polski, było to postępowanie cyniczne i zaplanowane szyderstwo z Polaków, które to zostały uroczyście złożone w ręce przedstawicieli Polonii w dawnym polskim Domu Katolickim, przemianowanym przez ukraińskie władze na Teatr im. „Łesi Ukrainki” (https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%81esia_Ukrainka).

Trzeba postawić pytanie, ile są warte zapewnienia prezesa ZUwP Piotra Tymy, który obiecywał spełnić oczekiwania Polaków ze Lwowa w sprawie przekazania im budynku na otworzenie Domu Polskiego, po to tylko aby wyłudzić w tym samym czasie od władz miasta Przemyśla Ukraiński Dom Ludowy.

Podobnie przedstawia się sprawa z posłem Markiem Rząsą (PO), który także zobowiązywał się do osobistej interwencji u władz miasta Lwowa, by na zasadzie wzajemności oddano budynki społeczności polskiej mieszkającej we Lwowie. Jednak poseł Rząsa ograniczył się tylko do interwencji w polskim MSZ mimo to, że obiecywał iż załatwi tą sprawę bezpośrednio z władzami Lwowa. Dodatkowo, żadne lokalne władze z Podkarpacia nie wsparły działań społeczności polskiej we Lwowie w kwestii odzyskania polskiego mienia, w tym władze przemyskie i parlamentarzyści z regionu podkarpackiego, jak też Małgorzata Chomycz- wojewoda Podkarpacki, która osobiście uczestniczyła przy przekazaniu Domu Ludowego dla społeczności ukraińskiej. W sprawie tego Ukraińskiego Domu Ludowego był w Przemyślu nawet osobiście były prezydent Ukrainy- Wiktor Juszczenko.

Dodam, że odnosi się to również do hierarchów naszego kościoła, którzy także nie wspierają wiernych rzymskokatolickich we Lwowie celem odzyskania swoich świątyń. Jeżeli nie znają drogi lub boją się pielgrzymować do Lwowa w sprawach misyjnych np. celem zażegnania ostatnich gdzie dochodzi ciągle na tym tle do różnych incydentów i awantur, np. grekokatolicy z parafii pw. Ofiarowania Pańskiego, korzystającej z dawnego rzymskokatolickiego kościoła Matki Bożej Gromnicznej, nie wpuszczają rzymskich katolików do ich świątyni na Pasterkę. Łacinnikom nie pozwala się też odprawić tam Mszy Św. w Boże Narodzenie, to przecież często bywają w Watykanie i tam u papieża mogą interweniować. Niestety, ale tego nie robią chowając głowy w piasek.

W tym samym czasie, władze Lwowa, w ramach swoiście pojętej przyjaźni z Lachami, decyzją Lwowskiej Rady Obwodowej, rok 2019 został ogłoszony rokiem Stepana Bandery i Organizacji Ukraiński Nacjonalistów. Czyli tych, którzy podżegali, organizowali i uczestniczyli w fali zbrodni ludobójstwa dokonanego na Polakach w Galicji Wschodniej i na Wołyniu, w wyniku czego mogło zostać zabitych nawet ponad 200 tys. naszych Rodaków.

Nie dość tego, decyzją centralnych władz Ukrainy, polscy naukowcy nie mogą przeprowadzić obiektywnych i rzetelnych badań na temat dokonanej na Polakach zbrodni, zabraniając im dokonywania ekshumacji oraz lokalizacji miejsc pochówku ofiar i ich upamiętnienia.

Zaprzeczają również oficjalnie popełnienia przez Ukraińców tej potwornej zbrodni na swych sąsiadach- Polakach, gloryfikując jednocześnie zbrodniarzy i ideologię ukraińskiego nazizmu, która do niej doprowadziła.

Niszczeją także celowo pozostawione bez żadnej opieki ostatnie ślady tysiącletniej kultury polskiej i polskości tych ziem.

To są prawdziwe przyczyny opóźnień budowy Domu Polskiego oraz niesymetrycznie wdrożonych warunków pojednania między Polską a Ukrainą, na których to Polska traci a Ukrainy tylko zyskuje. Czyli, że Ukraińcy są przez polskie władze nagradzani za swe zbrodnie dokonane na Polakach i ich obecny stosunek do mniejszości polskiej na Ukrainie.

https://adnovumteam.wordpress.com/2019/03/27/wojna-domowa-na-ukrainie-27-03-2019r-1389-dzien-od-nowego-rozejmu/

Reklama

Thierry Meyssan; Pokój wokół Izraela?

Chociaż globalne media traktują wydarzenia na Większym Bliskim Wschodzie jako osobne incydenty, Thierry Meyssan interpretuje je jako kolejne ruchy na tej samej szachownicy. Postrzega on konflikty wokół Izreala jako część organicznej całości i zastanawia się, czy prezydent Trump jest w stanie osiągnąć pokój w regionie.

SIEĆ VOLTAIRE | DAMASZEK (SYRIA) | 1 CZERWCA 2018,                                                         Ze strony >>> http://www.voltairenet.org/article201363.html

 

Bliski Wschód to region, w którym wiele różnych interesów spotyka się i wzajemnie na siebie oddziaływuje. Ruszenie jednego elementu może wywołać reakcję na drugim końcu szachownicy. Tezy Donalda Trumpa, aby zerwać ze strategią admirała Cebrowskiego i uspokoić tę szczególnie pokaleczoną strefę, wywołują jak na razie sprzeczne konsekwencje, które uniemożliwiają mu zamknięcie całej koncepcji.

Nierealne jest podejmowanie prób rozwiązywania problemów tak skomplikowanych pod względem sojuszy i wrogości w czasie, gdy każdy z bohaterów walczy o przetrwanie. Wręcz przeciwnie, musimy wszystkich zrozumieć i o nikim nie zapomnieć.

Podobnie jak jego poprzednicy, Reagan i stary Bush, prezydent Trump interweniuje w Iranie, destabilizując obóz „reformatorów” (jak się ich określa na Zachodzie) na korzyść „konserwatystów” (czyli stronników Imama Chomeiniego). Jednak ci ostatni reagują, zaznaczając punkty w Syrii, Libanie i Strefie Gazy, które z kolei destabilizują wysiłki ich sojuszników z Białego Domu w Palestynie.

Kiedy Donald Trump ogłosił wycofanie się Stanów Zjednoczonych z porozumienia JCPoA, irański prezydent Rouhani (reformator, tj. przeciwnik eksportu rewolucji antyimperialistycznej wobec sąsiadów) zareagował z jednej strony, zwracając się do Europejczyków a z drugiej, grożąc niektórym z nich, że może ujawnić ich zepsucie. Jest jednak mało prawdopodobne, aby Bruksela szanowała swój podpis. Wręcz przeciwnie, wszystko wskazuje na to, że Unia Europejska będzie działać tak, jak to miało miejsce w 2012 roku, dostosowując się do żądań swojego amerykańskiego pana.

Co się tyczy Gwardii Rewolucyjnej, to zareagowała ona, przekonując swoich syryjskich sojuszników, by poprowadzili operację przeciwko wywiadowi izraelskiemu na okupowanych wzgórzach Golan, a następnie podżegając libański Hezbollah do ogłoszenia, że​​operacja ta oznacza zmianę strategii regionalnej – i wreszcie, naciskając na Hamas, aby zorganizował demonstrację na granicy między Izraelem a Gazą.

Jeśli zachodnia opinia publiczna nie zrozumiała związku między tymi trzema wydarzeniami, to Izrael doszedł do wniosku, że Gwardia Rewolucyjna jest teraz gotowa do zaatakowania go z Syrii, Libanu i strefy Gazy.

Strategia Gwardii Rewolucyjnej przyniosła owoce, ponieważ Arabowie, Persowie i Turcy jednogłośnie potępili represje wobec palestyńskich demonstrantów (ponad 60 zabitych i 1400 rannych). Liga Arabska, której kilku członków, pod przewodnictwem Arabii Saudyjskiej, utrzymuje bliskie acz nieoficjalne stosunki z Tel Awiwem, nagle zaczęła ponownie używać antysyjonistycznej retoryki. Natomiast wewnątrz Iranu, Gwardia Rewolucyjna pokazała, że​​porozumienie JCPoA zawarte przez szejka Hassana Rouhaniego byłoślepym zaułkiem, a tylko ich linia polityczna jest jedyną, która działała – teraz są oni skutecznie rozmieszczani w Iraku, Syrii, Libii i Strefie Gazy, a także w Jemenie, Arabii Saudyjskiej i Bahrajnie. Dlatego Donald Trump nie będzie mógł negocjować pokoju wokół Izraela bez pomocy Gwardii Rewolucyjnej.

Powinniśmy pamiętać, że w ciągu 70 lat konfliktu w Izraelu Stany Zjednoczone były tylko raz w stanie wynegocjować pokój między wszystkimi stronami. Było to w 1991 roku, po operacji «Pustynna burza». W Madrycie prezydent George Bush (ojciec) i jego radziecki odpowiednik Michaił Gorbaczew zjednoczyli Izrael, Palestyńczyków (ale nie tych reprezentowanych przez OWP), Egipt, Jordanię, Liban i Syrię.

Stary Bush wcześniej zgodził się na piśmie, aby powrócić do granic z 1967 roku, aby zagwarantować bezpieczeństwo Izraelowi, zamiast stworzyć niezależne państwo palestyńskie i uznać władzę Palestyńczyków nad Zachodnim Brzegiem i Gazą. Uważał, że możliwe jest przyjęcie tego rozwiązania, zgodnie z rezolucjami Rady Bezpieczeństwa, polegając na autorytecie swojego partnera Hafeza el-Assada. Konferencja w Madrycie zakończyła się sukcesem. Określono proces negocjacji oraz kalendarz stopniowego rozwiązywania licznych sporów. Jednak kolejne spotkania nie powiodły się, ponieważ Likud prowadził kampanię w Stanach Zjednoczonych przeciwko sekretarzowi stanu Jamesowi Bakerowi i udało mu się zapobiec reelekcji starego Busha na prezydenta. W końcu sam Izrael zawarł porozumienia z Oslo tylko z Jasserem Arafatem. Zostały one zaprojektowane w celu rozwiązania tylko problemów palestyńskich. Nigdy nie zostały zaakceptowani przez innych uczestników bliskowschodniego konfliktu, w związku z czym nigdy nie zostały wdrożone. Potem jeszcze prezydent Bill Clinton próbował przeprowadzić dwustronne negocjacje z Syrią, organizując spotkania Barak-Assad. Nie udało im się z powodu zmiany postawy Baraka, ale i tak nie byliby oni w stanie rozwiązać wszystkich problemów przy pominięciu innych stron konfliktu.

Dziś, 27 lat później sytuacja stała się jeszcze bardziej skomplikowana. Palestyńczycy są podzieleni na dwa obozy – świeckie grupy z Zachodniego Brzegu i islamistów z Gazy. Iran jest nowym uczestnikiem konfliktu, który teraz sponsoruje Hamas. No i Stany Zjednoczone, pod rządami Busha młodszego, uznały osiedla zbudowane na Zachodnim Brzegu przez Israël po 1967 r., łamiąc tym postanowienia rezolucji Rady Bezpieczeństwa. Konflikty wokół Israëla nie mogą więc zostać zredukowane do kwestii palestyńskiej i nie mają nic wspólnego z waśnią (fitna) przeciwstawiającą sunnitów i szyitów.

Plan opracowany przez Jareda Kushnera ma na celu jedynie powstrzymanie rozwoju terytorialnego Izraela, a także poszanowanie prawa międzynarodowego, a tym samym powrót do granic z 1967 roku. Zakłada to, że Arabowie zaakceptują to co stanie się z ich „poprzednimi porażkami”, a to jest mało prawdopodobne.

Tłumaczenie
Bogusław Jeznach
Blog 

 

 

Thierry Meyssan: Czego nie wiecie o porozumieniach między Stanami Zjednoczonymi a Iranem

 

Bez tego artykułu z 2015 roku, trudno  czytelnikowi zrozumieć, dlaczego  obecnie Trump zerwał porozumienie z Iranem

SIEĆ VOLTAIRE | DAMASZEK (SYRIA) | 11 MAJA 2015 

************

Od dwóch lat Stany Zjednoczone prowadziły tajne negocjacje z Iranem w sprawie regionalnego zawieszenia broni. Kiedy strony doszły już do porozumienia, ogłosiły rozwiązanie spornych kwestii programu nuklearnego i sankcji ekonomicznych, będące owocem wielostronnych rokowań, które ciągnęły się od 2003 r. Thierry Meyssan, który jako jeden z nielicznych miał dostęp do treści negocjacji, ujawnia, o co tak naprawdę w tym dyplomatycznym koglu-moglu chodzi i jakie porządki Waszyngton zamierza zaprowadzić w Lewancie i rejonie Zatoki Perskiej na najbliższe 10 lat.

1-5228-e3bc7-4-b06c6

John Kerry i Mohammad Dżawad Zarif byli współautorami tajnego, wstępnego i dwustronnego porozumienia politycznego. Do porozumienia doszli także publicznie, w ramach wielostronnych negocjacji w formacie 5+1.

Tajne rokowania dwustronne

Od marca 2013 Stany Zjednoczone rozmawiały z Iranem cichaczem. Kontakt nawiązano w Omanie. Ze strony Irańczyków, przytłoczonych warunkami gospodarczego i finansowego oblężenia bez precedensu w Historii, nie było mowy o ustępstwach wobec imperializmu, a chodziło jedynie o kilkuletnie zawieszenie broni, które pozwoliłoby im na odzyskanie sił. Dla Stanów Zjednoczonych, które pragną przenieść swoje wojska z Bliskiego Wschodu na Daleki, takiej niepowtarzalnej okazji musiały jednak towarzyszyć precyzyjnie sformułowane gwarancje, że Teheran nie zechce jej wykorzystać do dalszego poszerzenia swoich wpływów w regionie.

Zespołowi amerykańskiemu przewodzili dwaj niezrównani negocjatorzy: Jake Sullivan i William Burns. Pomińmy skład delegacji irańskiej. Pan Sullivan był jednym z kluczowych doradców sekretarza stanu Hillary Clinton, choć nie podzielał ani jej ślepego poparcia dla Izraela, ani fascynacji Braćmi Muzułmańskimi. Brał udział w organizowaniu wojen przeciwko Libii i Syrii. Kiedy pani Clinton została odwołana przez prezydenta Obamę, Sullivan został doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego wiceprezydenta Bidena i w tej funkcji podjął się rokowań z Iranem. Pan Burns, z kolei, jest zawodowym dyplomatą i ma opinię jednego z najlepszych w swoim fachu w Stanach Zjednoczonych. W rozmowach uczestniczył w funkcji asystenta sekretarza stanu Johna Kerry’ego.

Na gruncie tych rokowań podjęto przynajmniej dwie decyzje. Po pierwsze Najwyższy Przywódca Iranu, ajatollah Ali Chamenei miał dopilnować, żeby Esfandijara Rahima Maszajiego – byłego naczelnika wywiadu Gwardii Rewolucyjnej, oraz szefa gabinetu i powinowatego Mahmuda Ahmadineżada – odsunięto od kandydowania w wyborach prezydenckich. Dzięki temu Iran odszedłby od konfrontacyjnego tonu w wystąpieniach na arenie międzynarodowej. W zamian Stany Zjednoczone miały wymóc analogiczną zmianę w wypowiedziach swoich anty-irańsko nastawionych sojuszników, tym samym odblokowując drogę do negocjacji w formacie 5+1 nad kwestią nuklearną i zniesieniem sankcji.

I rzeczywiście – ku ogólnemu zaskoczeniu Rada Strażników Konstytucji (której połowa członków jest mianowana przez ajatollaha Chameneiego) zdyskwalifikowała kandydaturę Esfandijara Rahima Maszajiego, mimo iż wyniki sondaży wskazywały na jego zwycięstwo już po pierwszej turze. Dzięki podziałom w łonie Gwardii Rewolucyjnej, umiejętnie podtrzymywanym przez Najwyższego Przywódcę, na prezydenta został wybrany szejk Hasan Rouhani. Ten nacjonalista i duchowny po raz kolejny został mężem opatrznościowym. W latach 2003-2005 był głównym negocjatorem w sprawie programu nuklearnego Iranu. Zanim został odwołany przez Mahmuda Ahmadineżada z chwilą przejęcia przez niego władzy, zdążył przyjąć wszystkie żądania Europejczyków. Wcześniej, kiedy jeszcze pracował nad doktoratem z prawa konstytucyjnego w Szkocji, był pierwszym irańskim kontaktem Izraela i Stanów Zjednoczonych w sprawie Irangate. Podczas próby przeprowadzenia kolorowej rewolucji, którą w 2009 r. podjęła CIA przy pomocy ajatollahów Rafsandżaniego i Chatamiego, przyłączył się do stronnictwa prozachodniego, stając tym samym w opozycji do prezydenta Ahmadineżada. Skądinąd jego przynależność do kleru pozwala mułłom myśleć o przejęciu władzy, której ster trzyma obecnie Gwardia Rewolucyjna.

Ze swojej strony Stany Zjednoczone poinstruowały swoich sprzymierzeńców saudyjskich, żeby spuścili z tonu i z przychylnością powitali nowe władze Iranu. Przez kilka miesięcy Rijad i Teheran wymieniały między sobą uśmiechy, a prezydent Rouhani nawiązywał w tym czasie osobisty kontakt ze swoim odpowiednikiem amerykańskim.

Plany Białego Domu

Zamysł Białego Domu polegał na przejściu do porządku dziennego nad sukcesami Iranu w Palestynie, Libanie, Syrii, Iraku i Bahrajnie, oraz na pozwoleniu, żeby Teheran dalej cieszył się wpływami w tych krajach, w zamian jednak rezygnując z eksportu Rewolucji na inne obszary. Porzuciwszy ideę podzielenia się wpływami na Bliskim Wschodzie z Rosjanami, Waszyngton postanowił, że przed wycofaniem swoich wojsk rozdzieli region pomiędzy Arabię Saudyjską a Iran.

Zapowiedź takiej redystrybucji wpływów wywołała lawinę religijnych interpretacji wydarzeń na Bliskim Wschodzie – że są one wyrazem konfliktu między sunnitami (Saudyjczycy) a szyitami (Irańczycy). Są to jednak interpretacje absurdalne, jako że religie, które wyznają poszczególni przywódcy często nie pokrywają się z tymi ich podwładnych.

Promowany obecnie podział przywróciłby stan z okresu istnienia Paktu Bagdadzkiego [1], czyli z czasów zimnej wojny – z tą jednak różnicą, że miejsce ZSRR zająłby Iran. Inny byłby też układ stref wpływów.

Pomijając to, że w obecnym stanie rzeczy podział taki może tylko drażnić Federację Rosyjską, przywróciłby on też Izrael do epoki, w której nie rozpościerał się nad nim parasol ochronny USA. W związku z tym program ten jest nie do przyjęcia dla Binjamina Netanjahu, zwolennika rozciągnięcia kraju „od Nilu do Eufratu”. Obecny premier Izraela użyje więc wszelkich dostępnych mu środków, żeby sabotować dalsze jego postępy.

Dlatego też, kiedy na początku 2014 r. strony doszły w Genewie do porozumienia w sprawie irańskiego programu nuklearnego, negocjatorka ze strony Stanów Zjednoczonych, Wendy Sherman, w odpowiedzi na żądania izraelskie postanowiła nagle podnieść stawkę. Stwierdziła, iż Waszyngtonu nie zadowalają gwarancje Iranu, uniemożliwiające mu produkcję broni jądrowej i zażądała dodatkowego zapewnienia, że Teheran zrezygnuje także z programu dotyczącego pocisków balistycznych. Ten zaskakujący wymóg został odrzucony przez Chiny i Rosję, które oceniły, że nie ma on podstaw w Układzie o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej i przekracza kompetencje grupy 5+1.

Ta wolta świadczy też o tym, że bomba atomowa nigdy nie była głównym zmartwieniem USA w tej sprawie, mimo że użyły jej jako pretekstu do poddania Iranu straszliwemu oblężeniu gospodarczemu i finansowemu. Zresztą sam prezydent Obama potwierdził to implicite w swoim przemówieniu z 2. kwietnia, powołując się na fatwę Najwyższego Przywódcy, zakazującą tego typu broni [2]. W rzeczywistości Islamska Republika Iranu zamknęła swój wojskowy program nuklearny wkrótce po deklaracji ajatollaha Chomejniego w sprawie broni masowego rażenia w 1988 r. Od tamtej pory Teheran prowadzi badania tylko nad zastosowaniem energii jądrowej w celach cywilnych, chociaż ich beneficjentem może być też wojsko, jak w przypadku napędu atomowego okrętów wojennych. Stanowisko ajatollaha Chomejniego stało się prawem wraz z fatwą, którą wydał ajatollah Chamenei 9. sierpnia 2005 r. [3].

Tak czy owak, Waszyngton uznał Binjamina Netanjahu za „histerycznego fanatyka”, a rok 2014 minął na poszukiwaniu porozumienia z Siłami Obronnymi Izraela. Stopniowo wyklarowała się myśl, że w ramach proponowanego podziału wpływów między Arabię Saudyjską a Iran musi istnieć system ochrony kolonii żydowskiej. Stąd, z kolei, wyniknął pomysł stworzenia czegoś na kształt nowego Paktu Bagdadzkiego, czy miejscowego NATO, oficjalnie pozostającego pod przywództwem saudyjskim – tak żeby był do przyjęcia dla Arabów – ale w rzeczywistości dowodzonego przez Izrael; podobnie jak faktycznym przywódcą Paktu Bagdadzkiego były Stany Zjednoczone, które nie były jego sygnatariuszem. Projekt ten został ogłoszony przez prezydenta Obamę w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego 6. lutego 2015 r. [4].

Porozumienie w sprawie programu nuklearnego i sankcji odłożono więc na później. Waszyngton zorganizował tymczasem rewoltę Sił Obronnych przeciwko Binjaminowi Netanjahu w przekonaniu, że ten nie utrzyma się u władzy. Niemniej jednak, mimo utworzenia Commanders for Israel’s Security i apeli prawie wszystkich byłych dowódców wojskowych, żeby na Netanjahu nie głosować, premierowi udało się przekonać elektorat, że jest jedynym człowiekiem, zdolnym obronić kolonię żydowską. Został wybrany na następną kadencję.

Jeśli chodzi o Palestynę, Waszyngton i Teheran zgodziły się zamrozić sytuację Izraela i utworzyć Państwo Palestyńskie zgodnie z literą porozumień z Oslo. Pan Netanjahu, który nakazał szpiegować nie tylko negocjacje 5+1, ale i wcześniejsze, tajne rokowania dwustronne, zareagował na to żywiołowo, oznajmiając, że Izrael pozwoli na uznanie Państwa Palestyńskiego, ale „po jego trupie”. Tym samym złożył deklarację, że Tel Awiw nie będzie respektował swojego podpisu pod umową z Oslo, a z Autonomią Palestyńską prowadził od ponad dwudziestu lat rokowania tylko po to, żeby zyskać na czasie.

Wspólne Arabskie Siły Zbrojne

Chcąc sprawy zakończyć jak najprędzej, Waszyngton i Londyn postanowiły wykorzystać powstanie w Jemenie. Były prezydent Hadi, którego dymisję wymogli i uzyskali szyici Huti w sojuszu z wojskami wiernymi poprzedniemu prezydentowi Salihowi, nagle rozmyślił się. Prawdę mówiąc, od dawna nie ma on ani prawnych, ani faktycznych podstaw do sprawowania władzy. Jego kadencja została przedłużona w oparciu o deklaracje, których nie zamierzał dotrzymać. Ani Stany Zjednoczone, ani Wielka Brytania nie faworyzowały dotąd w sposób szczególny któregokolwiek z konkurujących ze sobą obozów, raz wspierając jeden, a raz drugi. Pozwoliły więc Arabii Saudyjskiej rozgłosić, że rewolucja jemeńska to zamach stanu i spróbować po raz kolejny dokonać aneksji tego kraju. Londyn zorganizował operację wsparcia wojskowego dla Adenu za pośrednictwem pirackiej Republiki Somalilandu. Jednocześnie, pod pretekstem kryzysu jemeńskiego Liga Państw Arabskich dokonała odsłonięcia arabskiej części nowego, miejscowego NATO – Wspólnych Arabskich Sił Zbrojnych.

Trzy dni później upubliczniono porozumienie grupy 5+1, które wynegocjowano już rok wcześniej [5]. W międzyczasie sekretarz stanu John Kerry i jego irański odpowiednik Mohammad Dżawad Zarif spędzili cały dzień na ponownym przeglądzie wszystkich dyskusyjnych zagadnień politycznych. Zdecydowali, że w ciągu trzech najbliższych miesięcy Waszyngton i Teheran przyczynią się do złagodzenia napięć w Palestynie, Libanie, Syrii, Iraku i Bahrajnie, a porozumienia z Genewy zostaną podpisane pod koniec czerwca i obowiązywać będą przez 10 lat, o ile obie strony dotrzymają ich warunków.

Konsekwencje

 Jest prawdopodobnym, iż pan Netanjahu spróbuje ponownie, w trakcie tych trzech miesięcy storpedować plan amerykański. Będzie więc można spodziewać się z jego strony asysty przy „bezpańskich” zamachach terrorystycznych czy zabójstwach politycznych, odpowiedzialnością za które obarczy się Waszyngton albo Teheran, tak żeby nie doszło do przewidzianego na 30. czerwca 2015 r. podpisania porozumień. W związku z tym Biały Dom będzie zachęcał Izrael do ewolucji politycznej, zmierzającej do ograniczenia uprawnień premiera. Przez ten pryzmat trzeba patrzeć na bardzo ostre przemówienie prezydenta Re’uwena Riwlina, kiedy ostatnio wręczał panu Netanjahu misję tworzenia rządu.

 W trakcie rozmów dwustronnych sprawy Jemenu nie poruszono ani razu. Jeżeli dojdzie do podpisania porozumienia, kraj ten może pozostać jedynym ogniskiem zapalnym w regionie na najbliższe 10 lat.

 Podczas gdy Waszyngton zawiera porozumienie z Teheranem i promuje sojusz wojskowy, zjednoczony wokół Arabii Saudyjskiej, jednocześnie prowadzi odwrotną politykę wobec społeczeństw zainteresowanych państw. Z jednej strony wzmacnia państwa i podziały między nimi, a z drugiej – rozbija społeczeństwa za pomocą terroryzmu; niedawno nawet stworzył terrorystyczne prawie-państwo – Państwo Islamskie („Daesz”).

 Początkowo Stany Zjednoczone zakładały, że Wspólne Arabskie Siły Zbrojne zostaną utworzone przez państwa Zatoki Perskiej oraz Jordanię, a w dalszej kolejności Maroko i wyobrażenie to jest spójne, jeśli chodzi o charakter zainteresowanych rządów. Tymczasem Oman trzymał się dotąd na uboczu, mimo że jest członkiem Rady Współpracy Zatoki Perskiej, a Arabia Saudyjska usiłuje wykorzystać swoje wpływy, aby do sojuszu włączyć zarówno Egipt, jak i Pakistan, który przecież nie jest krajem arabskim.

Jeśli chodzi o Egipt, Kair nie ma możliwości manewru i musi pozytywnie odpowiadać na wszystkie żądania, unikając jednak zaangażowania aktywnego. Kraj ten nie ma środków do samodzielnej egzystencji i może wyżywić swoją ludność tylko dzięki pomocy międzynarodowej, czyli – dzięki Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonym Emiratom Arabskim, dzięki Rosji i Stanom Zjednoczonym. Egipt został uwikłany w interwencję wojskową w Jemenie po stronie Południa – podobnie jak miało to miejsce w latach wojny domowej w tym kraju (1962-1970), z tą różnicą, że dawni komuniści stali się członkami Al-Ka’idy, a Kair stoi teraz po stronie monarchii saudyjskiej. Jasnym jest, że Egipt powinien próbować wycofać się z tego grzęzawiska jak najprędzej.

 Wykraczając poza Lewant i Zatokę Perską, ewolucja w obrębie regionu będzie oznaczała też kolejne wyzwania dla Rosji i Chin. Dla Moskwy, o ile dziesięcioletnie zawieszenie broni jest dobrą wiadomością, o tyle konieczność porzucenia swoich ambicji na korzyść Iranu tylko z tego powodu, że odbudowa sił po rozwiązaniu ZSRR ciągnęła się tak długo, jest bez wątpienia gorzką pigułką, którą trzeba przełknąć. Dlatego też Federacja Rosyjska podpisała z Syrią porozumienie o rozbudowie bazy zaopatrzeniowej w Tartusie. Rosyjska marynarka wojenna powinna na stałe odzyskać pozycję na Morzu Śródziemnym, instalując się jednocześnie w Syrii i na Cyprze.

 Jeśli chodzi o Chiny, rozejm amerykańsko-irański szybko przełoży się na transfer żołnierzy amerykańskich z rejonu Zatoki na Daleki Wschód. Pentagon już planuje budowę największej bazy wojskowej świata w Brunei. Dla Pekinu modernizacja armii, która dotąd była wyścigiem z czasem, musi nabrać tempa sprinterskiego – Chiny muszą być gotowe stawić czoła Imperium USA zanim będzie ono w stanie zaatakować.
Euzebiusz Budka

Przypisy:      

[1] Organizacja Paktu Centralnego (CENTO), albo „Pakt Bagdadzki” była sojuszem regionalnym, sterowanym najpierw przez Londyn, a następnie przez Waszyngton, chociaż Stany Zjednoczone nie były państwem członkowskim. Jej celem było tak powstrzymanie wpływów radzieckich, jak zabezpieczenie interesów zachodnich. Pakt został podpisany w 1955 r., a przestał de facto istnieć w 1974., wraz z wybuchem wojny turecko-cypryjskiej. Oficjalnie został rozwiązany w 1979 wskutek rewolucji irańskiej. W skład CENTO wchodziły: Irak, Iran, Pakistan, Turcja i Wielka Brytania.

[2] “Barack Obama on Framework to Prevent Iran from Obtaining Nuclear Weapons”, by Barack Obama, Voltaire Network, 2 April 2015.

[3] Pełne studium kryzysu nuklearnego wokół Iranu można znaleźć w artykule: « Qui a peur du nucléaire civil iranien ? » [„Kto się boi cywilnego programu nuklearnego Iranu?”], Thierry Meyssan, Sieć Voltaire, 30. czerwca 2010.

[4] “Obama wznawia zbrojenia”, Thierry Meyssan, Tłumaczenie Jan Kobayashi, Sieć Voltaire, 20 lutego 2015.

[5] “Parameters for a Joint Comprehensive Plan of Action regarding the Islamic Republic of Iran’s Nuclear Program (summary)”, Voltaire Network, 2 April 2015.

 

Bolesław K. Jaszczuk: Polsko-izraelski dialog ślepego z głuchym

Z portalu lewica.pl http://www.lewica.pl/?id=31815&tytul=Boles%B3aw-K.-Jaszczuk:-Polsko-izraelski-dialog-%B6lepego-z-g%B3uchym- data publikacji : 2018-03-14 22:44:22

 

Mimo tego, że upłynął już ponad miesiąc od momentu uchwalenia przez Sejm nowelizacji ustawy o IPN, to w środowisku politycznym i medialnym wciąż wrze. Sama ustawa jak również jej konsekwencje są dyżurnym tematem większości prasowych publikacji i dyskusji telewizyjnych. Skoro tak, to i ja postanowiłem zabrać głos przedstawiając własny punkt widzenia. Przyglądając się bowiem samej ustawie oraz obserwując reakcje polskich, izraelskich a także wielu innych polityków oraz mediów odnoszę wrażenie, że mamy tu do czynienia z jakąś gigantyczną paranoją. W sposób trafnie dosadny ujął to naczelny rabin Polski Michael Schudrich mówiąc na antenie TVN24, iż jest mu smutno, że musi „słuchać takich głupot z dwóch stron”.

Zacznijmy od samej ustawy. Można zrozumieć intencje zapisów mających na celu zwrócenie uwagi na pojawiające się tu i ówdzie kłamliwe wypowiedzi o polskich obozach koncentracyjnych. Co do ich kłamliwości nie powinien mieć wątpliwości każdy, kto ma blade nawet pojęcie na temat II Wojny Światowej i zbrodni popełnianych przez hitlerowców. Natomiast wysoce wątpliwym, jeśli wręcz nie absurdalnym, wydaje się sam pomysł karania za słowa. Skoro nie ma cenzury, to każdy, nawet kompletny idiota, może wygadywać co chce, co też wielu z nich czyni. Uważam, że ze słowem należy walczyć też słowem zwłaszcza, gdy posiada się solidne argumenty. Natomiast stosowanie kar jest cechą państwa represyjnego a mnożenie zakazów to ostatnio modny trend nie tylko w Polsce. 

Przyjmując rzeczoną ustawę polscy parlamentarzyści skopiowali izraelskie prawo nakazujące karanie za negowanie holokaustu. Jednakże skutki tej prawne izraelskiej ustawy były dość mizerne w porównaniu z efektem propagandowym. Ukarano jedynie kilka pomniejszych rybek, które akurat pojawiły się w Izraelu. Bezkarny natomiast pozostał choćby Mahmud Ahmadineżad, który będąc prezydentem Iranu otwarcie i publicznie twierdził, że holokaust jest wymysłem i nigdy nie miał miejsca.

Partactwo jako norma

Przygotowując ustawę obóz rządzący jak zwykle spartolił sprawę i puścił w obieg kolejnego gniota co staje się już jak gdyby polską normą. Otóż Art. 55a. 2. znowelizowanej ustawy mówi, iż „ jeżeli sprawca czynu (…) działa nieumyślnie, podlega grzywnie lub karze ograniczenia wolności” w odróżnieniu od tego, kto działa umyślnie i którego należy obowiązkowo zapuszkować. Ponieważ karanie ma objąć również obywateli innych państw, to oprócz wszczęcia procedury ekstradycji należałoby nająć psychologów, którzy mieliby za zadanie stwierdzić umyślność czy też nieumyślność czynu. Dozwolone będzie natomiast rozpowszechnianie kłamstw nie tylko „w ramach działalności artystycznej” lecz także naukowej. Wygląda na to, że autorom ustawy najzwyczajniej popieprzyło się kłamstwo oświęcimskie z zakazem publicznego obnoszenia się z symboliką faszystowską, której wolno używać w celach artystycznych i naukowych. Tymczasem kłamstwo w postaci pracy naukowej w dodatku opatrzonej podpisem osoby o stosownym naukowym tytule zyskuje większą rangę niż publiczne chlapnięcie jakiegoś dziennikarza z podrzędnego pisemka. W oczach nieoczytanego, wierzącego w naukowe autorytety pospólstwa nadaje mu walor wiarygodności, co w sposób oczywisty ośmiesza sens ustawowego zapisu.

W Rzeczypospolitej Partackiej intelektualnej miałkości obozu rządzącego dorównuje indolentna parlamentarna opozycja. Główny zarzut wysuwany przez kręgi związane z PO jest taki, że ustawa ta doprowadziła do konfliktu z Izraelem, który do tej pory był jednym z nielicznych sojuszników polskiego państwa. Argumenty sprowadzają się do tezy, iż z Izraelem należy współpracować a nie drażnić a tym bardziej krytykować, choć krytykować byłoby za co. Przede wszystkim za rasizm wobec ludności palestyńskiej oraz przymusowe wysiedlanie uchodźców z krajów afrykańskich. Patrząc z czysto racjonalnego punktu widzenia, powinno się utrzymywać poprawne lub w miarę poprawne stosunki z każdym krajem, zwłaszcza gdy w grę wchodzi współpraca gospodarcza czyli mamona. Tak już jest urządzony świat o czym wie każdy racjonalnie myślący polityk. Tak robią Rosjanie i Chińczycy, którzy handlują sobie z Izraelem nie ukrywając jednak różnic zdań choćby w sprawie palestyńskiej czy stosunków z Iranem. Natomiast sytuowanie rasistowskiego Państwa Izrael na pozycji jednego z najważniejszych, strategicznego sojusznika jest niewłaściwe nie tylko z humanitarnego lecz także pragmatycznego punktu widzenia, gdyż w naturalny sposób osłabia pozycję Polski wśród większości świata arabskiego oraz w oczach wspomnianego już odgrywającego coraz większą rolę na Bliskim Wschodzie Iranu.

Izrael – zaplanowana histeria

Zastanawiać może skąd się wzięła tak wściekła reakcja ze strony Izraela. Do tej pory w Tel Awiwie reagowano w sposób histeryczny na każdą krytykę pod jego adresem traktując ją jako przejaw antysemityzmu. Zgodnie z tą logiką antysemitami są również krytycznie odnoszący się do izraelskich poczynań wobec ludności palestyńskiej Żydzi zamieszkali w Izraelu i poza jego granicami. Jednak tym razem komuś kto przeczytał treść ustawy wydaje się być całkowicie niezrozumiałe czegóż to się w tym Izraelu czepiają skoro nie ma tam żadnych antysemickich akcentów. Wszak ustawa wyraźnie mówi o (pisownia oryginalna) „przypisywaniu Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialności lub współodpowiedzialności” za zbrodnie popełnione przez III Rzeszę. Wskazuje zatem na niedopuszczalność odpowiedzialności zbiorowej całego narodu za pogromy czy poczynania szmalcowników. Ustawa zatem, niezależnie od intencji jej autorów, zezwala na publiczne ujawnianie przypadków haniebnych poczynań niektórych konkretnych Polaków wobec niektórych konkretnych Żydów. 

Jak widać, jednak nie wszyscy umieją czytać tekst ustawy bądż też udają, że nie umieją. Być może otrzymali błędne tłumaczenie, co jest mało prawdopodobne, gdyż w Izraelu jest od groma osób znających biegle język polski. W tym przypadku władze Izraela przyjęły wygodną dla siebie interpretację uznając, iż rzeczona ustawa a priori neguje jakikolwiek udział Polaków w holokauście. A wystarczyło umieścić w treści Art. 55a. 2. wyraźne odniesienie, że chodzi tu o „polskie obozy koncentracyjne” w okresie drugiej wojny (nie mylić z polskim obozem koncentracyjnym w Berezie Kartuskiej za czasów sanacji). Nie byłoby wówczas argumentów do krytyki ustawowych zapisów. Być może takie wyraźne stwierdzenie otworzyłoby też oczy niektórym choćby Amerykanom uważającym, że wszystko co znajduje się bądź znajdowało na terenie Polski jest polskie. Wnioskując logicznie: polska jest ambasada USA w Warszawie.

Wracając do Izraela. Wydaje się, że w tel Awiwie oczekiwano na stosowny moment aby przywalić Polsce za odradzający się antysemityzm. Najwyraźniej przegapiono takie wydarzenia jak publiczne spalenie kukły Żyda czy prohitlerowskie wygłupy grupki kilku tępaków. Ustawa mająca w mniemaniu Izraela na celu wybielanie tych Polaków, którzy dopuścili się czynów niegodnych stanowiła tu znakomitą okazję odgryzienia się za polskie przejawy antysemityzmu. W izraelskich szkołach już zaczęto wprowadzać lekcje o polskim antysemityzmie choć jest on u nas jednak mniej widoczny w porównaniu z islamofobią czy antyrosyjskością, które to zjawiska zyskują oficjalny glejt ze strony władzy. Wygląda zatem na to, że izraelska histeria była z góry zaplanowana a jej motywów możemy się tylko domyślać. Być może chodzi tu o zwykłą grę przed zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi. Jak twierdzi publicysta Krytyki Politycznej Michał Sutowski, aby utrzymać się u władzy premier Binjamin Netanyahu nakręca nacjonalistyczną histerię. Zapewne z dwóch powodów. Po pierwsze, aby zaprezentować się jako jeszcze większy „patriota” niż choćby lider partii Jest Przyszłość Jair Lapid, który oświadczył, iż Polska była współwinna eksterminacji Żydów. Po drugie, po to, by odwrócić uwagę od wysuwanych przeciwko niemu oskarżeń o korupcję. 

Przy okazji warto zwrócić uwagę na aspekt czysto prawny. Otóż Izrael nie ma formalnego prawa do oprotestowywania polskich ustaw ponieważ nie dotyczą one ich obywateli, podobnie jak nie dotyczą Żydów amerykańskich, francuskich, ukraińskich czy marokańskich. Prawem i obowiązkiem każdego państwa jest bowiem obrona własnych obywateli – w przypadku Izraela posiadających jego obywatelstwo Żydów i Arabów. Warto też przypomnieć, że w okresie holokaustu nie istniało jeszcze państwo Izrael a eksterminowani Żydzi byli obywatelami innych krajów. Jednak państwo ze stolicą w Tel Awiwie, a według Trumpa w Jerozolimie, uzurpuje sobie prawo do reprezentowania całej rozsianej po świecie żydowskiej diaspory. Czy reprezentantem mniejszości niemieckiej na Opolszczyźnie ma być RFN? 

Przy odkłamywaniu „polskich obozów koncentracyjnych” znika z pola widzenia jedna bardzo istotna kwestia. Na świecie utrwalana jest bowiem opinia, że to Żydzi byli jedynymi ofiarami eksterminacji i jedynymi więźniami obozów zagłady. Nie mówi się natomiast o tym, że Polacy a także ludzie innych narodowości byli zsyłani do tych obozów. Sprawa ta umyka uwadze polskich władz skoncentrowanych jedynie na odkłamywaniu jednego kłamstwa. W tej sytuacji naprawianiem, jak to się mówi, narracji historycznej zajmują się obcokrajowcy. W tym moja mieszkająca w Stanach Zjednoczonych kuzynka-Mulatka, która będąc w Polsce nakręciła film dokumentalny o polskich i żydowskich więźniarkach i więźniach obozu w Auschwitz, za co w USA otrzymała nawet nagrodę. 

Reasumując: dialog, o ile można to tak nazwać, polsko-izraelski przypomina rozmowę ślepego z głuchym, gdzie strona polska jest ślepa nie widząc skutków przyjmowania nie przemyślanych i niedopracowanych aktów prawnych, zaś strona izraelska jest głucha na wszelkie nie odpowiadające jej argumenty.