Jerzy Szygiel: Francja, „żółte kamizelki” i lewica. Walka o przełom

Z portalu  Strajk.eu

Z portalu: http://lewica.pl/?id=32004&tytul=Jerzy-Szygiel:-Francja,-%27%BF%F3%B3te-kamizelki%27-i-lewica.-Walka-o-prze%B3om

„Co mówią Francuzi, których spotkałem? Że Macron musi teraz odejść. Że musi odjechać samochodem, motocyklem, na koniu, na hulajnodze, śmigłowcem, byle jak, ale musi odejść zanim sprawi, że nasz kraj oszaleje z wściekłości, musi odejść , by przywrócić pokój społeczny i zgodę narodową” – mówił popularny poseł lewicowej Nieuległej Francji (LFI) François Ruffin, po dwudniowym objeździe blokad i wieców „żółtych kamizelek” w swoim okręgu wyborczym. I właśnie ten postulat numer 1 protestujących wydaje się nie do spełnienia. Ludowy bunt nie traci więc rozpędu a francuska radykalna lewica przestała się wahać i popiera go w całej jego różnorodności.

Ruffin stanął przed Pałacem Elizejskim, by „zdać sprawozdanie ze stanu ducha moich współobywateli: gniew zmienił się we wściekłość”. „Pycha prezydenta Republiki, jego głuchota, upór, brak ustępstw, są maszyną produkującą nienawiść” – mówił swym lekko załamującym się głosem do dziennikarzy i przechodniów. „Przemoc do niczego nie prowadzi, ale to on swoją arogancją rozdziera Francję, to on chce tu ognia i krwi” – mówił. A co mówią ludzie? – zapytali dziennikarze. „’Skończy jak Kennedy’, ‘jak go spotkam, trudno, pójdę potem do więzienia’, ‘widzi pan ten nagrobek, jak dla niego’ – to są słowa pracowników tymczasowych, spokojnych emerytów, zwykłych mieszkańców”.

Emmanuel Macron, po powrocie z Buenos Aires, gdzie uczestniczył w szczycie G-20, postanowił obejrzeć stan Łuku Triumfalnego, który co nieco ucierpiał na skutek sobotnich zamieszek w stolicy, o skali porównywalnej do tych z 1968 r. Był ranek, na obrzeżu Placu Gwiazdy prawie nie było pieszych, ale i tak do jego uszu dotarł krzyk „Macron do dymisji!” skandowany przez przypadkowych przechodniów, którzy dostrzegli go zza szczelnej obstawy. Wtedy pojechał do koszar CRS (oddziały specjalne policji, mniej więcej odpowiednik b. ZOMO), by dziękować za „dzielną postawę” podczas starć z tłumem i obiecać im nadzwyczajne premie finansowe. Gdy wczoraj udał się po cichu do prefektury Górnej Loary podpalonej w sobotę przez manifestantów, część policjantów musiała powiadomić mieszkańców, gdyż w trakcie wyjścia z budynku oprócz tradycyjnych „Macron do dymisji” i „Przyjdziemy po ciebie!” rozległy się głośno mocno wulgarne obelgi.

Ostrożność radykalnej lewicy

Macrona trafił wielki bumerang, którym rzucał w ludzi od początku swej kadencji. Tak bezczelnie radykalnego przesuwania dochodów z dołu do góry nie dokonał żaden poprzedni prezydent, choć byli wśród nich neoliberałowie. Miliardy, które dzięki jego pomysłom podatkowym popłynęły do prywatnych kieszeni jego sponsorów – miliarderów, wszelkiej maści finansistów i rentierów – chciał odebrać uderzając w miliony najsłabiej uposażonych, tych, którzy każdego miesiąca nie mogą związać końca z końcem. Ten neoliberalny ekstremizm podbity regularnie wyrażaną pogardą dla ubogich prowincjuszy („ludzie, którzy są niczym”) kończy się „gorącą jesienią”, którą zapowiadali nie tylko liczni socjologowie, ale i parlamentarna Nieuległa Francja oraz inne partie lewicy.

Trzeba przyznać, że pozaparlamentarne partie i stowarzyszenia lewicowe z początku podeszły do ruchu „żółtych kamizelek” dość nieufnie, jakby nie wierzyły własnym oczom. Jak dziś próbują się usprawiedliwiać aktywiści np. z ATTACu (Obywatelskiej Inicjatywy Opodatkowania Obrotu Kapitałowego), niektórzy dali się kolejny raz nabrać prorządowym mediom, które klasyfikowały ruch jako „skrajnie prawicowy” i „populistyczny” w nadziei, że przez porównanie do partii Marine Le Pen (Zjednoczenia Narodowego – RN) ludzie przez pewien automatyzm polityczny będą skłonni opowiedzieć się raczej za Macronem, jak w czasie drugiej tury zeszłorocznych wyborów prezydenckich. Dziś zarówno Attac, jak i Nowa Partia Antykapitalistyczna (NPA), która połapała się jednak wcześniej, w pełni popierają „żółte kamizelki” i ich decyzję kontynuacji protestów, mimo wczorajszych, pozornych ustępstw Macrona. Zwyciężyła prosta konstatacja: lewica nie może stać z boku w walce o elementarną sprawiedliwość społeczną.

„Żółte kamizelki” – lewicowe, czy prawicowe?

W tak szerokim ruchu protestu są oczywiście obecne wszystkie poglądy polityczne, ale nie da się tak szybko podać wiarygodnego składu politycznego protestujących, bo na razie robi się klasyczne sondaże na tysiącosobowych grupach, które rozbijają się o pewną prawidłowość: prawie nikt nie chce się dziś przyznać, że głosował na Macrona w wyborach prezydenckich, więc podaje nazwiska innych kandydatów. Łatwiej o określenie składu socjalnego: jeśli wierzyć tym pośpiesznym sondażom, 55 proc. to robotnicy, a reszta to tzw. niższa klasa średnia (jak urzędnicy, nauczyciele, pracownicy nie-fizyczni), bezrobotni i emeryci, większość z prowincji, wsi i małych miasteczek, skąd polityka neoliberalna wyrzuciła kolej, poczty, szkoły i szpitale. Coraz więcej płacić na państwo, które się zewsząd wycofuje – to nie jest idea, która mogła im się spodobać.

Trudność określenia wyraźnego profilu politycznego „żółtych kamizelek” porównuje się do trudności wyłonienia przez nie jakichś reprezentantów, którzy mogliby negocjować z rządem, ale to jednak różne dziedziny. To drugie wynika z bardzo widocznego braku zaufania do demokracji pośredniej (przedstawicielskiej). Poszczególne wiece, grupy blokujące, powstałe sejmiki obywatelskie odrzucają ideę wyboru lub nawet losowania przedstawicieli, którzy „decydowaliby za nas”. Do tej pory nie ma więc żadnych regionalnych ani krajowych reprezentantów, a jedynie kilkunastu zmieniających się „rzeczników”, do występowania w mediach, by przedstawiać uchwalone postulaty lub sytuację mieszkańców.

Mnożą się odezwy jak ta przykładowa powyżej sprzed kilku dni, z typowego, 6-tysięcznego miasteczka we wschodniej Francji, gdzie mieszkańcy ułożyli tekst i wyznaczyli tych, którzy go odczytali. To wezwanie to tworzenia stałych „domów ludowych” niezbędnych do wspólnego radzenia, porozumiewania się i koordynacji na zasadzie równości wszystkich obywateli. „Nie pozwólmy, by ktoś nami kierował, nie dajmy się podzielić!”. „Wzywamy do tworzenia komitetów ludowych, które funkcjonowałyby jako stałe sejmiki. Miejsc, gdzie słowo się wyzwala, gdzie można się wyrazić i wzajemnie sobie pomóc. Jeśli potrzeba delegatów, to jedynie z każdego komitetu ludowego żółtych kamizelek, gdzie pozostają blisko słowa ludowego, z mandatem odwoływalnym i zmieniającym się, w pełnej jawności i z zaufaniem.” Niektórzy rozpoznają w takich apelach „skręt anarchistyczny” lub „model szwajcarski”, który robi „zaskakującą” furorę.

W każdym razie model ten nie przeszkadza koordynacji: po niemal trzech tygodniach udało się stworzyć powszechnie akceptowaną, krajową listę postulatów, z której „wreszcie” można odczytać profil polityczny ruchu. Jakby nie patrzeć, jest on lewicowy. Na liście postulatów można znaleźć kilkadziesiąt poprawek lub projektów ustaw, które wnosili w parlamencie Nieuległa Francja, komuniści i nawet „socjaliści” (pozostała w parlamencie resztka rządzącej do niedawna Partii Socjalistycznej). Wszystkie je oczywiście odrzuciła większość partii prezydenckiej (LREM), ale oto wróciły „od dołu”. Przywrócenie podatku od wielkich fortun, którego domagała się LFI, stało się tak silnym życzeniem „żółtych kamizelek”, że nawet partia Marine Le Pen i gaullistowscy Republikanie musieli je z pewnym ociąganiem poprzeć, nie chcąc wypaść na „niesprawiedliwych” w oczach wyborców.

Rewolucja?

Każdy, kto uważnie czytał programową książkę Emmanuela Macrona Rewolucja (zrobiła ona wrażenie na Robercie Biedroniu), mógł zauważyć, że klasy ludowe nie zajęły w niej w żadnego miejsca. Być może wtedy nie wynikało to jeszcze z pogardy, lecz zwykłej ślepoty klasowej milionera z wyższej burżuazji. Widzieć „rewolucję” w uberyzacji i uśmieciowieniu zatrudnienia, okraszoną sloganami o „start-upach” i abstrakcyjnej „nowoczesności”, która prawa pracownicze cofała do XIX w., mogli jedynie publicyści oligarchicznych mediów.

Jeśli jest w kadencji Macrona coś rewolucyjnego, to ów społeczny ruch, którego postulaty polityczne napędzają prezydenckiej administracji takiego stracha. Symbolem pragnienia zmiany stał się zamiar „pójścia po niego”, do Pałacu Elizejskiego. To się odnosi do deklaracji prezydenta, który po ujawnieniu jego prób stworzenia policji politycznej krzyczał histerycznie „niech przyjdą po mnie!”, arogancko pewien swej „nienaruszalnej” pozycji. Rzeczywiście we francuskim systemie politycznym instytucjonalne obalenie go jest praktycznie niemożliwe i dlatego lewica parlamentarna nawołuje do rozwiązania parlamentu i nowych wyborów, by go pozbawić szkodliwej większości wybranej na fali jego wyboru, która dziś przegrałaby z kretesem. Lewica bardziej radykalna, ta która uważa, że „przemiana ekologiczna w kapitalizmie jest niemożliwa” pójdzie w najbliższą sobotę „do Pałacu” wraz z „żółtymi kamizelkami”.

Determinacja i solidarność

Celem ogłoszonych przez rząd „ustępstw” było przede wszystkim uniknięcie kolejnej soboty zamieszek w Paryżu i reszcie kraju, ale analiza komunikatów „żółtych kamizelek” wskazuje, że determinacja protestujących ani trochę nie osłabła. Wprost przeciwnie: do ruchu dołączają uczniowie, studenci, kierowcy ciężarówek, pielęgniarki i kolejne sektory społeczne. Żaden tłum nie zostanie dopuszczony do Pałacu Elizejskiego, ale sprawy zaszły już tak daleko, rachunek społecznych krzywd tak narósł, że nawet gdyby rządowi udało się stłumić bunt, niedługo się odrodzi, może w gwałtowniejszej formie. Francuzi chcą więcej sprawiedliwości, a nie turbo-kapitalizmu tworzącego społeczne przepaści.

Oczywiście walkę o „rząd dusz” protestujących prowadzi też prawica, w tym ugrupowanie Marine Le Pen, jednak żaden z jej ksenofobicznych postulatów nie został zatwierdzony. Jaki ostateczny kształt przybierze fronda „żółtych kamizelek” zależy nie tylko od postanowień rządu, czy prób przejmowania jej przez prawicę, ale i od pracy społecznej ludzi lewicy, którzy jak na razie spisują się całkiem dobrze: jeżdżą wysłuchiwać ludzi, radzić, wspierać, pomagać. Nikt w zasadzie nie chce przemocy, jednak ciągle wisi ona w powietrzu. Według dzisiejszych sondaży, 78 proc. obywateli uważa „ustępstwa” rządowe za niewystarczające. Historyczny czas, który przeżywa właśnie Francja wcześniej, czy później, odbije się na reszcie naszego kontynentu.

Jerzy Szygiel

 

Reklama

Thierry Meyssan: Dlaczego Francja chce obalenia Arabskiej Republiki Syrii ?

SIEĆ VOLTAIRE | DAMASZEK (SYRIA) | 14 PAŹDZIERNIKA 2015
http://www.voltairenet.org/article189029.html

**************

Thierry Meyssan powraca do historii francuskiego podboju kolonialnego Syrii i porównuje ją z poczynaniami prezydenta Sarkozy’ego i Hollande’a, udowadniając, że wolą niektórych obecnych przywódców Francji jest rekolonizacja tego kraju. Jest to postawa tyleż anachroniczna, co przestępcza i sprawia, że Francja staje się na świecie krajem coraz bardziej znienawidzonym.

Francja jest dziś główną siłą, nawołującą do obalenia Arabskiej Republiki Syrii. Podczas gdy Biały Dom i Kreml prowadzą potajemnie rokowania, których celem jest pozbycie się dżihadystów, Paryż nadal oskarża „reżim Baszara” (sic!) o stworzenie Daeszu i deklaruje, że po eliminacji Państwa Islamskiego należy obalić „alawicką dyktaturę” (tu znów: sic!). W wypowiedziach tych Francję otwarcie wspiera Turcja i Arabia Saudyjska, a po cichu – także Izrael.

Jak wytłumaczyć taką skazaną – wydawałoby się – na porażkę postawę, skoro Francja nie ma w tej krucjacie żadnego interesu ani gospodarczego, ani politycznego; skoro Stany Zjednoczone zaprzestały szkolenia bojowników przeciwko Republice, a Rosja właśnie spopiela kolejne ugrupowania dżihadystów?

Większość komentatorów słusznie podkreśla osobiste powiązania zarówno prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego z Katarem, sponsorem Braci Muzułmanów, jak i prezydenta François Hollande’a – także z Katarem, a następnie również z Arabią Saudyjską. Obaj korzystali z nielegalnego fundowania swoich kampanii prezydenckich przez te państwa. Ponadto Arabia Saudyjska jest właścicielem niemałej części udziałów w CAC 40, co oznacza, że nagłe jej wycofanie się równałoby się ciężkimi stratami dla gospodarki Francji.

Chciałbym omówić tu jeszcze jedną hipotezę, która mogłaby tłumaczyć tę postawę: interes kolonialny niektórych przywódców Francji. Aby to zrozumieć, trzeba jednak zajrzeć do przeszłości.

Umowa Sykes-Picot

Podczas pierwszej wojny światowej imperia: brytyjskie, francuskie i rosyjskie potajemnie porozumiały się w sprawie podziału kolonii imperiów: austro-węgierskiego, niemieckiego i osmańskiego, kiedy już dojdzie do ich pokonania. Pod koniec tajnych rokowań na Downing Street doradca brytyjskiego Ministra Wojny i zarazem przełożony „Lawrence’a z Arabii”, sir Mark Sykes, oraz wysłannik specjalny Quai d’Orsay, François Georges-Picot postanowili podzielić między siebie turecką prowincję Wielkiej Syrii i poinformowali o tym cara.

Brytyjczycy, których interesy miały głównie charakter ekonomiczny, przywłaszczyli sobie znane wówczas pola naftowe oraz Palestynę jako kolonię, którą zamierzali zasiedlić ludnością żydowską. Ich terytorium rozciągało się od dzisiejszego Państwa palestyńskiego i Izraela, poprzez Jordanię i Irak po Kuwejt. Paryż, który był podzielony na zwolenników i przeciwników kolonizacji, przyjął model ekspansji zarówno gospodarczej, jak i kulturowej i politycznej; przywłaszczył więc sobie tereny Libanu i Syrii Mniejszej (obecnej), których połowę mieszkańców stanowili wówczas chrześcijanie, których „protektorem” Francja postrzegała się od czasów Franciszka I. W końcu miejscom świętym Jerozolimy i Akki miano nadać charakter międzynarodowy. W rzeczywistości jednak nie wprowadzono w życie wszystkich ustaleń z powodu sprzeczności w polityce brytyjskiej, a przede wszystkim ze względu na ich ambicję utworzenia Państwa Żydowskiego jako bazy do dalszej ekspansji kolonialnej.

Nigdy umowa ta nie była przedmiotem publicznej debaty w „demokracji” brytyjskiej i francuskiej, zszokowałaby bowiem narody Wielkiej Brytanii, a naród francuski by ją odrzucił. Szczegółowe jej zapisy ujawnili bolszewicy, którzy odkryli ją w archiwach caratu. Wywołali tym wściekłość Arabów, choć Brytyjczycy i Francuzi nie zareagowali.

Francuska idea kolonialna

Historia kolonializmu francuskiego rozpoczyna się za panowania Karola X wraz z krwawym podbojem Algierii. W inwazji tej chodziło głównie o monarszy prestiż. Francuzi nigdy jej nie zaakceptowali i wyraziło się to m.in. w rewolucji lipcowej 1830r.

Jednak ideologia kolonialna rozkwitła we Francji dopiero po upadku Drugiego Cesarstwa i utracie Alzacji i Lotaryngii. Wobec niemożności odzyskania ziem utraconych na rzecz Rzeszy Niemieckiej, dwóch ludzi lewicy – Léon Gambetta i Jules Ferry – zaproponowało wyruszenie na podbój nowych terytoriów w Afryce i Azji, czym przyciągnęli do siebie interesy gospodarcze prawicy, już eksploatującej Algierię.

Jako że odwrócenie uwagi od własnej niemocy odzyskania utraconych ziem nie jest motywem chwalebnym, przyjaciele Gambetty i Ferry’ego wymyślili coś, co mogłoby naród zmobilizować. Nie miało więc chodzić o zaspokojenie chciwości ekspansjonistycznej i gospodarczej, ale o „oswobodzenie ludów uciśnionych” (sic!) i „emancypację” kultur „niższych” (znów sic!). A to brzmi już o wiele bardziej godnie.

W Zgromadzeniu Narodowym i Senacie zwolennicy kolonizacji stworzyli lobby, które miało bronić ich zachcianek – „partię kolonialną”. Nazwa „partia” jest tu myląca, nie chodzi bowiem o formację polityczną, ale o nurt myślowy o charakterze ponadpartyjnym, który zjednoczył ponad stu parlamentarzystów z prawa i lewa. Zaliczali się do niej i potężni ludzie interesu (biznesmeni) i wojskowi i geografowie, a także wysoko postawieni urzędnicy – tacy jak François Georges-Picot. O ile jednak przed pierwszą wojną światową liczba Francuzów zainteresowanych koloniami była znikoma, o tyle w okresie międzywojennym – czyli już po odzyskaniu Alzacji i Lotaryngii – znacząco wzrosła. Partia kolonialna, która wówczas stała się już stronnictwem ślepego kapitalizmu, umajonego hasłami praw człowieka, dokładała wszelkich starań, żeby do swoich racji przekonać ludność Francji – efektem była sławetna Wystawa Kolonialna 1931r., a apogeum – zwycięstwo wyborcze Frontu Ludowego Léona Bluma w 1936r.

Kolonizacja Syrii Mniejszej

Wraz z zakończeniem Wojny i upadkiem imperium osmańskiego, Husajn ibn Ali, szarif Mekki i Medyny ogłosił niepodległość Arabów. W myśl uzgodnień z „Lawrence’em z Arabii”, przyjął tytuł „króla Arabów”, ale został przywołany do porządku przez „perfidny Albion”.

Także w 1918r. jego syn Fajsal ogłosił utworzenie arabskiego rządu tymczasowego w Damaszku w czasie, gdy Brytyjczycy zajmowali Palestynę, a Francuzi – wybrzeże Morza Śródziemnego. Arabowie próbowali tym samym stworzyć Państwo zjednoczone, wielowyznaniowe, demokratyczne i niezawisłe.

Prezydent USA Woodrow Wilson sprzymierzył swój kraj ze Zjednoczonym Królestwem wokół wspólnego projektu Państwa żydowskiego, ale sprzeciwiał się kolonizacji reszty regionu. Jeszcze przed końcem konferencji wersalskiej, podczas konferencji w San Remo Francja zapewniła sobie mandat Rady Najwyższej Ententy do zarządzania swoją strefą wpływów. Kolonizacja zyskała tym samym alibi prawne: Lewantyńczykom należało pomóc w zorganizowaniu się po upadku Imperium Osmańskiego.

Pierwsze demokratyczne wybory w Syrii odbywają się pod auspicjami arabskiego rządu tymczasowego. Większość w Syryjskim Kongresie Powszechnym zdobywają kacykowie bez wyraźnej afiliacji politycznej, ale Kongres zostaje zdominowany przez mniejszość nacjonalistyczną i przyjmuje konstytucję monarchistyczną, według której parlament będzie dwuizbowy. Po ogłoszeniu francuskiego mandatu dochodzi do powstania narodowego przeciwko emirowi Fajsalowi, który zdecydował się na współpracę z Francuzami i wspierającymi go maronitami z Libanu. Paryż przysyła wojsko pod dowództwem członka „partii kolonialnej”, generała Gouraud. Nacjonaliści syryjscy stają przeciwko niemu w bitwie pod Majsalun i ponoszą klęskę. Kolonizacja zaczyna się.

Najpierw generał Gouraud oddziela Liban, gdzie cieszy się poparciem maronitów, od reszty Syrii, którą stara się rządzić, wykorzystując podziały religijne. Stolica „Syrii” zostaje przeniesiona do Hims – małego miasta sunnickiego – po czym wraca do Damaszku, ale władza kolonialna pozostaje skoncentrowana w Libanie, w Bejrucie. W 1932r. kolonia otrzymuje własną flagę, złożoną z trzech poziomych pasów, przedstawiających trzy dynastie: zielony – Fatymidów, biały – Umajjadów, a czerwony – Abbasydów; pierwszy jest symbolem muzułmanów szyickich, a dwa kolejne – sunnickich. Trzy czerwone gwiazdki przedstawiają trzy mniejszości: chrześcijańską, druzyjską i alawicką.

Francja chce z Libanu uczynić Państwo maronickie, ponieważ chrześcijanie maroniccy uznają zwierzchnictwo papieża, a z Syrii – Państwo muzułmanów. Nie ustaje w zwalczaniu chrześcijan w Syrii Mniejszej, ponieważ są oni w większości wyznania prawosławnego.

W 1936r. we Francji do władzy dochodzi lewica w postaci Frontu Ludowego. Nowy rząd przystaje na rokowania z nacjonalistami arabskimi i obiecuje im niepodległość. Podsekretarzowi Stanu do spraw Magrebu i Mandatów na Bliskim Wschodzie, Pierre’owi Viénotowi udaje się wynegocjować uzyskanie niepodległości przez Liban i Syrię (co nie udało mu się wcześniej w przypadku Tunezji). Traktat zostaje jednogłośnie ratyfikowany przez parlament syryjski, ale Léon Blum – członek „partii kolonialnej” – nigdy nie przedstawi go Senatowi Francji.

W tym samym okresie rząd Frontu Ludowego postanawia oderwać Antiochię Syryjską od Syrii Mniejszej i proponuje przyłączenie miasta do Turcji, do czego ostatecznie dochodzi w 1939r. W ten sposób Léon Blum chce się pozbyć problemu chrześcijan prawosławnych, których zwierzchnikiem jest tytularny patriarcha Antiochii i których Turcy obejmą odpowiednimi represjami.

W końcu jednak kolonizacji kładzie kres podział Francji podczas drugiej wojny światowej. Rząd de iure Philippe’a Pétaina usiłuje utrzymać mandat, podczas gdy prawowity rząd Charles’a de Gaulle’a w 1941r. ogłasza niepodległość i Libanu i Syrii.

Wraz z końcem wojny rząd tymczasowy Republiki wprowadza w życie program Rady Narodowej Francuskiego Ruchu Oporu. Tymczasem „partia kolonialna” nadal sprzeciwia się niepodległości ludów skolonizowanych. 8. maja 1945 objawia się to rzezią w Satifie w Algierii na rozkaz generała Raymonda Duvala, 29. maja dochodzi do masakry w Damaszku na polecenie generała Fernanda Olive’a. Przez dwa dni lotnictwo francuskie bombarduje miasto, niszcząc przy tym znaczną część zabytkowego suku. Bomby uszkadzają również salę posiedzeń Kongresu.

Ambicje kolonialne Francji w Syrii od roku 2011

Na uroczystości 14. lipca 2008 na Polach Elizejskich, podczas których świętować miał swoje postępy w demokratyzacji, prezydent Nicolas Sarkozy zaprosił swojego syryjskiego odpowiednika Baszszara al-Asada. W latach 2009-10 wynegocjował ze Stanami Zjednoczonymi i Wielką Brytanią program przekształceń państwowych na „rozszerzonym Bliskim Wschodzie”. Sekretarz stanu Hillary Clinton przekonała go do reanimacji kolonialnego projektu francusko-brytyjskiego pod przewodnictwem USA, co miało być ucieleśnieniem teorii „kierownictwa z tyłu”.

  1. listopada 2010 – czyli jeszcze przed „wiosną arabską” – Francja i Zjednoczone Królestwo podpisały serię dokumentów, znanych jako Traktat Lancaster House. O ile jednak ta ich część, która została zaprezentowana publicznie, zawiera jedynie deklarację współpracy w zakresie korpusów ekspedycyjnych (czyli wojsk kolonialnych), o tyle część nieujawniona zakłada atak na Libię i Syrię 21. marca 2011r. Wiadomo, że Francja przypuściła atak na Libię dwa dni przed tym terminem, czym rozgniewała Wielką Brytanię, która poczuła się oszukana przez sojusznika. Do napaści na Syrię nigdy nie doszło, ponieważ głównodowodzący – Stany Zjednoczone – zmienił zdanie.

Traktat Lancaster House został ze strony francuskiej wynegocjowany przez Alaina Juppé i generała Benoîta Pugę – zagorzałego zwolennika kolonizacji.

  1. lipca 2011r. Francja utworzyła Wolną Armie Syrii (tzw. „umiarkowanych”). Wbrew oficjalnym komunikatom, płynącym z otoczenia szefa WAS, pułkownika Rijada al-Asada, pierwszymi jej żołnierzami nie byli Syryjczycy, a Libijczycy – członkowie al-Ka’idy. Sam Rijad al-Asad jest tylko listkiem figowym, który ma Armii nadać połysku syryjskości. Został wybrany ze względu na homonimię nazwiska z prezydentem Baszszarem al-Asadem, z którym nie łączą go żadne więzy pokrewieństwa. Tymczasem prasa atlantystowska ignoruje fakt, że oba nazwiska po arabsku zapisuje się zupełnie inaczej i upatruje w pułkowniku oznakę „pierwszego rozłamu w łonie reżimu”.

Wolna Armia Syrii (WAS) została obsadzona oficerami Legii Cudzoziemskiej, których odłączono od jednostek macierzystych i postawiono do dyspozycji Pałacu Elizejskiego i generała Benoîta Pugi – prywatnego szefa Sztabu Generalnego prezydenta Sarkozy’ego. Jako barwy WAS otrzymała sztandar Mandatu Syrii i Libanu.

Obecnie Wolna Armia Syrii nie jest już amią stałą, ale jej markę wykorzystuje się wciąż w operacjach, wymyślanych w Pałacu Elizejskim, a wykonywanych przez najemników z innych grup zbrojnych. Francja nadal rozróżnia dżihadystów „umiarkowanych” od tych innych, czyli „ekstremistów”, tymczasem między obiema tymi kategoriami nie istnieją już żadne różnice – ani jeśli chodzi o skład osobowy, ani jeśli chodzi o zachowanie. To WAS jako pierwsza wprowadziła egzekucje homoseksualistów poprzez zrzucanie ich z dachów wysokościowców; to także WAS rozpowszechniła relację filmową z kanibalistycznej uczty jednego ze swoich przywódców na sercu i wątrobie jednego z żołnierzy syryjskich. Jedyną różnicą jest flaga: z jednej strony kolonizacji francuskiej, z drugiej – dżihadu.

Na początku 2012r. Legia Cudzoziemska eskortuje 3 tys. bojowników WAS do Hims – dawnej francuskiej stolicy kolonialnej – celem ustanowienia tamże „stolicy rewolucji”. Korpus ten okopuje się w nowo wybudowanej dzielnicy Baba Amr i ogłasza powstanie Emiratu islamskiego. Trybunał rewolucyjny skazuje ponad 150. pozostałych w dzielnicy mieszkańców na śmierć poprzez publiczne poderżnięcie gardła. WAS wytrzymuje oblężenie przez miesiąc – dzięki stanowiskom ogniowym przeciwpancernych pocisków rakietowych Milan, dostarczonych jej przez Francję.

Kiedy w lipcu 2012r. prezydent François Hollande wznowił wojnę przeciwko Syrii, ustanowił precedens w historii Francji, zatrzymując na stanowisku zaufanego Szefa Sztabu swojego poprzednika, czyli Benoîta Pugę. Od Nicolasa Sarkozy’ego przejął też retorykę i gestykulację kolonialną, zgodnie z którymi rozgłasza, że Republika Arabska Syrii jest „krwawą dyktaturą” (trzeba więc „oswobodzić uciśniony naród”) i że władza w niej została przywłaszczona przez alawicką mniejszość (trzeba więc „emancypować” Syryjczyków względem tej paskudnej sekty). Wprowadza syryjskim uchodźcom w Europie zakaz udziału w wyborach, które mają miejsce w ich kraju i zarządza za nich, że odtąd Syryjska Rada Narodowa – ciało niewybrane – jest ich prawowitym przedstawicielem. Jego minister spraw zagranicznych, Laurent Fabius oświadcza, że demokratycznie wybrany prezydent, Baszszar al-Asad „nie jest godzien chodzenia po Ziemi”.

Deklaracje Valéry’ego Giscarda d’Etaing

  1. września bieżącego roku były prezydent Francji, Valéry Giscard d’Estaing udzielił całostronicowego wywiadu dziennikowi Le Parisien/Aujourd’hui en France w sprawie uchodźców oraz rosyjskiej interwencji przeciwko terrorystom w Syrii, w którym stwierdził: „Zastanawiam się nad możliwością utworzenia w Syrii terytorium mandatowego ONZ na okres pięciu lat.”

Od początku swojego istnienia ONZ nie udzieliła żadnego „mandatu”. To proste słowo przywołuje wszystkie okropności kolonializmu. Nigdy też żaden francuski przywódca nie odwoływał się publicznie tak otwarcie do francuskich ambicji kolonialnych od czasu odzyskania niepodległości przez Algierię 53 lata temu.

Warto też wspomnieć, że Geneviève – siostra François Georgesa-Picota (tego od umowy Sykes-Picot), wyszła za mąż za senatora Jacquesa Bardoux, członka „partii kolonialnej”. Ich córka, May Bardoux, wyszła z kolei za mąż za prezydenta Towarzystwa Finansowego Francuskiego i Kolonialnego, Edmonda Giscarda d’Estaing – ojca byłego prezydenta Francji.

Rozwiązanie problemu syryjskiego, proponowane przez ciotecznego wnuka człowieka, który wytargował z Brytyjczykami francuski mandat w Syrii, polega więc na rekolonizacji tego kraju.

Tłumaczenie 
Euzebiusz Budka

 

Krzysztof Mróź „Demitologizacja pisowskiej oceny Polski sanacyjnej, układu Ribbentrop – Mołotow z 23 sierpnia 1939 r. i wejścia Armii Radzieckiej na wschodnie tereny Polski w dniu 17 września 1939 roku /Historia bez IPN/

Artykuł był opublikowany 19-08-2017 w serwisie Blog.onet.pl. Obecnie nastąpiła likwidacja tego serwisu blogowego.

**********************

Układ Ribbentrop- Mołotow (z tajnym załącznikiem do paktu i aneksem do tajnego załącznika z 28.09.1939r.),  oraz wejście wojsk ZSRR w dniu 17 września 1939 roku bez wypowiedzenia wojny na wschodnie obszary II RP /ZSRR złamał Pakt o nieagresji zawarty 25.07.1932 roku pomiędzy Polską a ZSRR na 3 lata, a następnie 5 maja 1934 przedłużony do 31.12.1945 roku/ – nie mają szczęścia do ich rzetelnego przedstawiania, niezależnie od systemu społecznego, politycznego czy ekonomicznego.

W okresie PRL, te sprawy były, generalnie, przez władze wstydliwie przemilczane, które uważały, że to może wpłynąć negatywnie na stosunek społeczeństwa polskiego do ZSRR. Wykorzystywała to opozycja funkcjonująca na terenie Polski i wspierana finansowo, oraz medialnie, w różnym zakresie, przez zachodnie ośrodki zmierzające do zmiany ustroju w Polsce.

Ponieważ układ Ribbentrop – Mołotow i, w jego konsekwencji, wejście wojsk ZSRR na wschodnie tereny II RP, był dla młodych ludzi „historycznym owocem zakazanym”, wydarzenie to stawało się dla nich emocjonalnie ważniejsze niż walka PZPR z analfabetyzmem, elektryfikacja czy, generalnie, awans społeczny milionów ludzi po 1945 roku.

Na zasadzie negacji przeciwko oficjalnej polityce historycznej PRL, rozpoczęła się również rehabilitacja Polski sanacyjnej. Celowały w tym środowiska opozycyjne, i to nie tylko te,  które wprost uważały się za kontynuatorów ideologii piłsudczykowskiej  ale, w późniejszym okresie,  również środowiska opozycyjne,   których rodziny w przeszłości były powiązane z KPP, aparatem władzy PRL, i których  część miała korzenie żydowskie. Miała to być swoista zapora ideologiczna w stosunku do odradzającej się, w części peerelowskich środowisk opozycyjnych, ideologii neoendeckiej, jak i antypezetpeerowska polityka historyczna. Cóż, tym środowiskom opozycyjnym, Piłsudski (b. członek PPS Organizacji Bojowej  którego zamach majowy został poparty przez PPS i KPP)  był zdecydowanie bliższy sercu,   niż osoba endeka Romana Dmowskiego /a tak swoją drogą, pisanie o udziale KPP w poparciu zamachu majowego Piłsudskiego było bardzo niemile widziane w PRL, podobnie jak i po 1989 roku,  ale tym razem przez wielbicieli piłsudczyzny)

Po 1989 roku lewica, a zwłaszcza parlamentarna, czyli SdRP /a następnie SLD/, praktycznie zrezygnowała z polityki historycznej – bo trudno za taką uznać eksponowanie najlepszych pięciu lat dekady Gierka. Bo już, interpretację stosunków miedzy ZSRR i Polską, czy to w okresie II RP, jak i  PRL, pozostawiono całkowicie prawicy. I przez długi czas przymilano się prawicy, jeżeli chodzi o ocenę postaci Józefa Piłsudskiego i obozu piłsudczykowskiego.  

Osobiście uważam, że najwyższy czas rozpocząć demistyfikację różnych banialuków, a zwłaszcza banialuków produkowanych przez nową kategorię naukowców zwanych naukowcami-patriotami („Dotychczas przyjmowało się, że cnotami badacza są rzetelność, dociekliwość, obiektywizm, dystans – a więc przymioty intelektualne. Okazuje się, że teraz kryterium oceny jest inne: liczy się przede wszystkim ideowe zaangażowanie. Przeciwieństwem „naukowca-patrioty” nie jest przecież „naukowiec-nieuk” ani „naukowiec-doktryner”, tylko – „naukowiec-zdrajca”1),  wspieranych ideowo przez  psychotyczne środowiska od tzw. bomby smoleńskiej i fobii  antyrosyjskich. Przy okazji,  polecam znakomity felieton prof. Aleksandra Krawczuka pt. „Każda władza miała swoich historyków”: https://krzysztofmroz1.wordpress.com/2017/12/28/aleksander-krawczuk-kazda-wladza-miala-swoich-historykow-15-08-2017/

Właściwe zrozumienie ciągu zdarzeń, które doprowadziły do tego, co zdarzyło się w sierpniu i wrześniu 1939 roku, pozwala widzieć, wręcz sterylnie, twarde zasady rządzące polityką i geopolityką, rolę jakości przywództwa politycznego, wartość sojuszy politycznych, a także rolę fobii i psychoz.

I. Droga do układu Ribbentrop- Mołotow

1.Prawicowi historycy, nawet ci trochę poważniejsi, nie piszą o tym, że kręgi polityczne i finansjera Europy Zachodniej, a zwłaszcza Wielkiej Brytanii i Francji, przyczyniły się walnie do układu Ribbentrop – Mołotow i wejścia wojsk ZSRR, w dniu 17 września 1939 roku, na wschodnie obszary II RP – ponieważ usilnie dążyły do skierowania agresji Hitlera na ZSRR. A że po trupie Polski……

 Zamierzenia głównych państw zachodnich bardzo wyraźnie widać już podczas konferencji w Monachium w dniach 29-30.09.1938 roku gdzie nie zaproszono Czechosłowacji, ZSRR i Polski. Obradowali przedstawiciele Wielkiej Brytanii, Francji i dwóch państw faszystowskich tj. Niemiec i Włoch. Przy okazji, rzucono tam, dla uspokojenia,  ochłapy Polsce i Węgrom.

Następnym krokiem była likwidacja, w marcu 1939 roku, już okrojonej Czechosłowacji na rzecz Niemiec i Słowacji i powołania profaszystowskiej Pierwszej Republiki Słowackiej, przy faktycznym milczeniu Wielkiej Brytanii i Francji. Otwierano w ten sposób drogę  do ataku Niemiec hitlerowskich na ZSRR.

Kierownictwo ZSRR znakomicie zdawało sobie sprawę z tego, że koła polityczne i finansowe Zachodu chcą skierować Niemcy hitlerowskie  na podbój ZSRR i, że starcie z Niemcami jest nieuniknione, chcieli jednak opóźnić, za wszelka cenę,  skierowania niemieckiej machiny wojennej przeciwko swojej ojczyźnie.

Dlatego, dobrej jakości dyplomacja radziecka grała na przysłowiowych dwóch fortepianach.   Z jednej strony prowadziła rozmowy z Niemcami hitlerowskimi,  a z drugiej sondowała możliwość zawarcia paktu antynazistowskiego. ZSRR proponował wysłanie ok. 1 mln żołnierzy na wschodnia granicę Niemiec. Warunkiem była zgoda Polski, na przejście Armii Czerwonej, przez określone korytarze komunikacyjne na jej terytorium. „Jednak Brytyjczycy i Francuzi – upoważnieni przez swoich przełożonych do rozmów, nie do zawierania wiążących umów – nie odpowiedzieli na sowiecką ofertę złożoną im 15 sierpnia 1939 r…..Sowiecka oferta – przygotowana przez ministra wojny ZSRR marszałka Klimenta Woroszyłowa oraz szefa sztabu generalnego Armii Czerwonej Borysa Szaposznikowa – zawierała propozycję umieszczenia 120 dywizji piechoty z 19 tys. żołnierzy w każdej, 16 dywizji kawalerii, 5 tys. ciężkiej artylerii, 9, 5 tys. czołgów i przeszło 5, 5 tys. myśliwców i bombowców na granicy niemieckiej na wypadek wojny, jaką III Rzesza mogła lada dzień wypowiedzieć Polsce. Jednak stojący na czele brytyjskiej delegacji admirał Reginald Drax w odpowiedzi na ofertę Rosjan stwierdził, że jego szefowie upoważnili go jedynie do rozmów, nie do zawierania wiążących umów..2″

Kierownictwo ZSRR kierując sie troską o państwo, patriotyzmem do swojej Ojczyzny i realizując, głównie, twarde zasady geopolityki (trzeba pamiętać, że po pokoju ryskim w 1921 r. wschodnia granica II RP była dość daleko na Wschodzie i Niemcy hitlerowskie gdyby zajęły całą ówczesną Polskę miałyby zdecydowanie krótsza drogę do Moskwy. Szerzej piszę o tym w dalszej części artykułu), podjęło trudną decyzję (wywołała spore zamieszanie wśród europejskich partii komunistycznych i socjalistycznych) o zawarciu w dniu 23 sierpnia 1939 roku paktu zwanego później układem Ribbentrop – Mołotow. Stalin miał nadzieję (słuszną), że Hitler dzięki temu, po zajęciu Polski, w pierwszej kolejności uderzy na Zachód,  przez co Związek Radziecki zyska oddech przed konfrontacją z Niemcami Hitlera.

Trzeba pamiętać, że w sprawach międzynarodowych kierownictwo ZSRR stawiało w latach 30 XX wieku, przede wszystkim na bezpieczeństwo własnego kraju.

Pisze o tym historyk Francois Furet, bynajmniej nie lewicowy i zdecydowanie krytyczny w stosunku do ZSRR,  który analizując wystąpienie  Józefa Stalina  na XVII Zjeździe Partii Bolszewików w styczniu 1934 roku pisze: „Mądrej głowie dość dwie słowie: w kwestiach międzynarodowych  Związek Sowiecki będzie brał pod uwagę  wyłącznie  własne interesy i będzie liczył  tylko na własne siły3″

A jeszcze wcześnie „….radzieckie Biuro Polityczne  w 1929 roku  spodziewało się zachodniej inwazji  w ciągu 5 lat. Stawką powodzenia  programu uprzemysłowienia  było więc przetrwanie. Krańcowa sytuacja wymagała – jak często sądzono – radykalnych metod 4,5 „

W tym miejscu przypomnę , zwłaszcza młodym ludziom uczącym się historii z publikacji IPN, że  podobnie trudną decyzję geopolityczną, tylko w odwrotnym kierunku,  podjął Lenin dążąc do zawarcia, praktycznie za wszelka cenę, traktatu brzeskiego (3.03.1918r.) z państwami centralnymi (Cesarstwo Niemieckie, Austro- Węgry, Królestwo Bułgarii, Imperium Osmańskie). Traktat ten, był skrajnie niekorzystny, również terytorialnie,  dla Rosyjskiej Federacyjnej Republiki Radzieckiej. Ale gdyby Lenin do tego nie doprowadził, to  Niemcy bardzo szybko zlikwidowałyby młodą RFRR.  Ale wielu jego partyjnych towarzyszy tego nie rozumiało i było przeciwnych ustępstwom bo, naiwni,  liczyli na masowe bunty zindoktrynowanych narodowo-patriotycznie  niemieckich żołnierzy – robotników.    

2.Wkład w zawarcie układu Ribbentrop – Mołotow miała również rządząca II Rzeczpospolitą kamaryla piłsudczykowska, która nie tylko niszczyła wewnętrznie Polskę osłabiając państwo, ale, generalnie, nie rozumiała co się dzieje w polityce europejskiej i tego,  że jest manipulowana przez inne doświadczone dyplomacje państw europejskich. Dlatego warto przybliżyć Czytelniczkom/Czytelnikom  Polskę piłsudczykowską. 

a)Jak rządził Polską Piłsudski, to cała piłsudczykowska kamaryla była bezrefleksyjnym wykonawcą poleceń swojego Komendanta, którego, zresztą uznawała za wielkiego wskrzesiciela narodu Polskiego (była nawet Ustawa o ochronie imienia Józefa Piłsudskiego dnia 7 kwietnia 1938 roku). A po jego śmierci, współpracownicy, w większości o mentalności zupaków, skoczyli sobie do gardeł walcząc o stanowiska w państwie i tworząc zwalczające się frakcje.

Jeżeli dodać, że polska dyplomacją kierował Józef Beck sam siebie uważający za wybitnego europejskiego dyplomatę, to, nic dziwnego, że, degenerujący się obóz piłsudczykowski nie potrafił zrozumieć, że jest rozgrywany przez Francje i Wielką Brytanię liczącymi, że ekspansja Hitlera skieruje się w pierwszej kolejności przeciwko ZSRR (po trupie Polski!).

Kamaryli piłsudczykowskiej, a zwłaszcza naiwnemu Józefowi Beckowi, wydawało się, że przez sojusze z Francją i Wielką Brytanią trzyma w swoich rękach polskie wędzidła nałożone na Hitlera i Stalina!!!

b) Piłsudczykowska kamaryla (zamach majowy, obóz koncentracyjny w Berezie, pobicia i zabójstwa przeciwników politycznych, istotne ubezwłasnowolnienie sądów, zwykłe złodziejstwo, 818 osób zabito podczas brutalnego tłumienia przez policję protestów społecznych w latach 1932-19376bo protestowali  przeciwko nędzy i złodziejstwu  piłsudczykowskiej Polski),nie rozumiała, że Polska jest lekceważona i manipulowana.

c) Piłsudski roztoczył parasol ochronny nad sanacyjnym towarzystwem, zwłaszcza tym wywodzącym się z Legionów, a w zamian za to, piłsudczykowska kamaryla zorganizowała niemal bałwochwalczy kult Piłsudskiego. Piszą o tym nie tylko historycy, czy pisarze o poglądach lewicowych, lecz również,  nie idący z prądem konserwatywni publicyści jak  Rafał Ziemkiewicz w książce „Złowrogi cień Marszałka. Odzyskał Polskę – zniszczył polskość”.

Od siebie dodam, że jest to pisarz z którego ocenami, jako człowiek lewicy, w części  spraw się nie zgadzam. Ale jedno mogę powiedzieć, Rafał Ziemkiewicz nie pozwala na letarg intelektualny.

Rafał Ziemkiewicz w w/w książce pisze, między innymi, o Berezie Kartuskiej, biciu i niszczeniu przeciwników politycznych,  przedstawianiu przez kamarylę piłsudczykowską  półprawd na temat  historii i roli Legionów w odzyskaniu niepodległości Polski, szaleńczej propagandzie  mitologizującej Piłsudskiego. Obsadzaniu  wszelkich intratnych stanowisk kliką piłsudczykowską, i skutkach takiej polityki. Wyjaśnia  dlaczego w Polsce sanacyjnej dzielono zapałki na czworo. Tym którzy sądzą, że dotyczy spraw błahych wyjaśniam, że ta sprawa doskonale charakteryzuje piłsudczykowskie podejście do gospodarki.

Opisuje tam również, kuriozalny przypadek skandalicznego zachowania gen. Tadeusza Kasprzyckiego, który w nagrodę za lojalną służbę został ministrem spraw wojskowych i na tym urzędzie zaczął wywoływać w Polsce niepokoje religijno-polityczne. Postanowił, że w cerkwiach prawosławni powinni odprawiać liturgię po polsku zamiast w dotychczasowym starocerkiewnym bo jak zakomunikował  hierarchom  Kościoła ortodoksyjnego „nie wyobrażamy sobie , żeby żołnierz polski mógł słuchać  nabożeństwa  w języku innym niż polski”. Rzecz w tym, że polszczyzny podczas mszy nie używał, przede wszystkim, Kościół katolicki. II Sobór Watykański z jego zgodą na msze w języku narodowym to  lata sześćdziesiąte XX wieku.  Ba,   grekokatolikom nie zabroniono używać języka starocerkiewnego zabronionemu Kościołowi ortodoksyjnemu.  A tam gdzie prawosławni  nie podporządkowali  się fanaberiom sanacyjnego ministra, to wysyłano wojsko i palono im cerkwie.

Ekonomista i publicysta Tadeusz Bernadzikiewicz tak pisał  o zarządzaniu przez kamarylę piłsudczyków państwowymi przedsiębiorstwami: „Państwowe Wytwórnie Uzbrojenia  produkowały rowery, kłódki, maszyny do pisania, meble biurowe, maszyny tytoniowe;  PZL – obręcze do rowerów i błotniki rowerowe. Do całej tej produkcji  państwo (czyli obywatele) dopłacało na różne sposoby – na przykład nakazując urzędom kupowanie wyłącznie drogich aparatów  telefonicznych produkowanych  przez państwowe zakłady albo obniżając  podatki dla państwowych kopalń (płaciły 45 gr od tony węgla, podczas gdy prywatne  1 zł). W 1931 roku Państwowym Zakładom Inżynierii dano zwolnienie z ceł na części do fiatów po to, aby mogły zbudować montownię samochodów, a potem fabrykę. Fabryki nie zbudowano, natomiast PZI zarabiały na sprowadzaniu do Polski  części bez cła (co ułatwiło  wprowadzenie  w 1932 roku  prohibicyjnej taryfy na import części , utrudniając życie innym importerom). W efekcie takiej polityki  motoryzacja w Polsce nie tylko się nie rozwijała, ale wręcz cofała: od 1931 do 1934 roku liczba  zarejestrowanych  aut w Polsce  zmniejszyła się o 29 procent, a jeden samochód przypadał na 1245 mieszkańców, podczas gdy w biedniejszej  Albanii 1 na 1200. w tym samym czasie w Niemczech , pogrążonych w równie głębokim kryzysie, liczba zarejestrowanych samochodów sie potroiła 7,8

3.A lekceważenie i manipulowanie nieudolną polską dyplomacją, w dodatku słabego gospodarczo państwa rządzonego przez piłsudczykowskie towarzystwo, przekładało się na działania praktyczne formalnych sojuszników Polski. I tak, choć Polskę łączyły umowy sojusznicze z Wielką Brytanią oraz Francją, to te dwa państwa posiadając informację o treści tajnego protokołu do paktu, nie poinformowały o tym oficjalnie polskiej dyplomacji.Tzw. sojusznicy wyraźnie chcieli pchnąć Hitlera do wojny ze Stalinem licząc, że pomimo tajnego protokołu dojdzie do granicznych starć wojsk niemieckich z Armią Czerwoną. A to, przekształci się w niemiecki najazd na ZSRR.

Ba, były nawet poważne problemy ze sprzedażą Polsce, przez Wielką Brytanię i Francję, sprzętu wojennego, czy kredytami, na jego zakup.  Cóż, zbyt silna obrona terytorium Polski nie była na rękę Francji i Wielkiej Brytanii, którzy chcieli skierować Hitlera – po trupie Polski – na ZSRR. „Negocjacje finansowe w Londynie zakończyły się 2 sierpnia 1939 roku. Anglia przyznała Polsce nieco ponad 8 mln funtów, zaś Francja – 2, 5 mln. Polska miała za to kupić w Anglii sprzęt wojskowy, ale było już za późno, żeby pieniądze można było wykorzystać. Jeśli chodzi o pożyczkę gotówkową, to „otrzymaliśmy” ją w końcu w tydzień po rozpoczęciu wojny na stosunkowo nierealnych warunkach: oprocentowanie 5%, spłata w ciągu 16 lat począwszy od 1941 roku. Sumy, których w końcu i tak nie otrzymaliśmy to 5, 5 mln funtów z Londynu i 3, 5 mln funtów z Paryż 9

Jakby tego było mało, Francja i Wielka Brytania szykowały Polsce drugie Monachium. Ponieważ jednak były zawarte z Polską dość kalekie porozumienia obronne (już 4 maja 1939 roku, sztaby wojskowe obydwu państw wyraziły jednoznaczną opinie, że sojusz z Polską „przestawia małą wartość strategiczną” i ustaliły, że na froncie zachodnim preferują doktrynę defensywną opartą na Linii Maginota. Nie poinformowano jednak o tym Polski, tylko ją zwodzono, a słaba polska dyplomacja i kaleki wywiad nie potrafiły uzyskać o tym tzw. twardych danych), to chcąc umożliwić Hitlerowi uzyskanie korytarzy, z których miałby dostęp do granicy z ZSRR, Francja i Wielka Brytania wykorzystały propozycję Mussoliniego z 31.08.1939 r. i dały zgodę na rokowania pokojowe, które miały sie odbyć 5 września 1939 roku w San Remo.   Hitler jednak zdecydował się na wojnę.

4.Jak beznadziejnie działała słabiutka piłsudczykowska dyplomacja pokazują  poniższe działania:

a) To ,że  w środowisku kamaryli  piłsudczykowskiej były utrwalone fobie antyradzieckie które uniemożliwiały temu środowisku na poważniejszą współpracę wojskową z ZSRR, gdy ujawniły się  zagrożenia ze strony Niemiec hitlerowskich, to sprawa oczywista. Dlatego towarzystwo sanacyjne  zdecydowanie  torpedowało  wszelkie inicjatywy antyhitlerowskie w których udział brałby ZSRR.

b) Ale trzeba przypomnieć, zwłaszcza młodemu pokoleniu kształconemu w  III RP, i bardzo często na ipeenowskich wydawnictwach, że Polska rządzona przez piłsudczykowską kamarylę,  dość ściśle współpracowała na forum międzynarodowym, do kwietnia  1939 roku,  z Niemcami hitlerowskimi /pomimo  pewnych  perturbacji na początku rządów Hitlera/.  Cześć środowiska sanacyjnego i polskiej arystokracji nawiązywała z wierchuszką hitlerowską również bliższe relacje towarzyskie,  a nie tylko dyplomatyczne.

Polska piłsudczykowska wspólnie z dyplomacją hitlerowską storpedowała  Pakt Czterech, Pakt Wschodni (przy udziale Wielkiej Brytanii), dała wolna rękę Hitlerowi przy Anschlussie i współpracowała z Hitlerem przy rozbiorze Czechosłowacji.

Dyplomacja hitlerowska zachęcona taką dobrą współpracą,  proponowała nieudolnej dyplomacji piłsudczykowskiej rekompensatę – za autostradę eksterytorialną przez tzw. Korytarz i likwidację statusu Wolnego Miasta Gdańska  – otrzymanie kolejnych zdobyczy  terytorialnych, kosztem ZSRR,  na Kresach Wschodnich, a nawet dostęp do Morza Czarnego. I oczywiście wspólny marsz na ZSRR.

Tymczasem, wiosną 1939 roku Józef Beck  odrzucił zdecydowanie współpracę z Niemcami hitlerowskimi na takich warunkach. I obrócił Niemcy hitlerowskie przeciwko Polsce.

I tak,   wskutek beznadziejnej i tromtadrackiej dyplomacji kamaryli piłsudczykowskiej, Polska stanęła samotna naprzeciw hitlerowskim Niemcom i ZSRR. I z oboma państwami  praktycznie skonfliktowana, pomimo zawartych układów.

c)Chichotem historii jest to, że dyplomacja piłsudczykowskich nieudaczników, po okresie współpracy międzynarodowej z Niemcami hitlerowskimi dosłownie w ciągu jednego miesiąca (kwiecień 1939 r. ) zrobiła sobie   śmiertelnego wroga z Niemiec  hitlerowskich, a następnie, po klęsce wrześniowej 1939 r., cześć  obozu piłsudczykowskiego  była zainteresowana tzw. opcją niemiecką typu Pétaina. .

Przez lata (również w PRL) byliśmy karmieni opowieściami, i dumni z tego, że Polska nie miała swojego Quislinga czy   Pétaina. Faktycznie nie mieliśmy, ale tylko dlatego, że Niemcy hitlerowskie w odpowiednim czasie nie były zainteresowane czymś takim. Bo chętnych na taką rolę to mieliśmy sporą gromadkę. I nie dotyczy to bynajmniej takich spraw jak współpraca niektórych dowódców AK czy NSZ (i ich pobratymców ideowych) z Niemcami w celu zwalczania partyzantki radzieckiej i polskiej, ale o obliczu lewicowym.

Podam, w dużym skrócie, tylko jeden przykład z książki Piotra Zychowicza „Opcja niemiecka. czyli jak polscy antykomuniści próbowali się porozumieć z III Rzeszy10.

Podpułkownik Jan Kowalewski, szef siatki Oddziału II w Lizbonie wraz z grupa osób (Stanisław Mackiewicz, Tadeusz Bielecki, Ignacy Matuszewski, Emeryk Hutten-Czapski, Jerzy Zdziechowiecki. Poparcie dla tej inicjatywy wyraził również Jan Szembek, przed wojna zastępca Jozefa Becka)  wystosowali do rządu niemieckiego w lipcu 1940 roku memorandum. Znalazła sie w nim propozycja zawarcia kompromisu miedzy Polska a Niemcami i powołanie centre d’ éstudes (biura studiów) w oparciu o polskich polityków, którzy nie zgadzali sie z probrytyjska polityką rządu na wychodźstwie. Bernard Wiaderny w artykule Niechciana kolaboracja. Polscy politycy i nazistowskie Niemcy w lipcu 1940r. ( „Zeszyty Historyczne, Paryż 2003) sądzi, że tzw. biuro studiów to nic innego jak rząd kolaboracyjny.

Jak pisze Piotr Zychowicz w „Opcji niemieckiej…  „Proponowany przez Kowalewskiego i jego politycznych przyjaciół  kompromis między Polakami a Niemcami miałby oczywiście  podłoże antysowieckie. Autorzy memoriału nie ukrywali, że w zamian za ustępstwa terytorialne  na rzecz Niemiec na zachodzie oczekiwaliby, aby  Rzesza powiększyła granice przyszłej Polski na wschodzie…Memorandum, noszące datę 24 lipca 1940 roku, zostało przekazane Niemcom za pośrednictwem Scoppy (włoski poseł w Lizbonie- przypis K.Mróź).  To on wręczył  je swojemu  niemieckiemu odpowiednikowi, baronowi Oswaldowi  von Hoyningen-Huene. Ten zaś niezwłocznie  o całej sprawie  poinformował Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Berlinie….Sprawę przejął ostatecznie Ribbentrop, wydając dyplomatom polecenie, aby wszelkie „polskie próby zbliżenia” pozostawić bez odpowiedzi”. 

5.Osobiście uważam, że dyplomacja Polski sanacyjnej powinna wyjść poza ograniczenia doktrynalne (tak jak to zrobiło kierownictwo ZSRR ratując się  zawarciem tymczasowego układu z Niemcami hitlerowskimi)  ipodjąć, już w 1938 roku, rozmowy z ZSRR dotyczące współpracy wojskowej i zawarcie porozumienia w celu powstrzymania Niemiec Hitlera.

Uważam, że było to zdecydowanie tzw. mniejsze zło w ówczesnej sytuacji  międzynarodowej. Należałoby się oczywiście liczyć, że w wyniku militarnego sojuszu z ZSRR możemy utracić cześć ziem wschodnich II RP, ale powiedzmy sobie szczerze,  II Rzeczpospolita nie była i tak w stanie uporać się z wieloetnicznością naszego społeczeństwa. Przypominam, że pod koniec II RP Polaków było ok. 69%

Polska piłsudczykowska była militarnie i gospodarczo zacofanym krajem.  Również, w  okresie  gwałtownego wzrostu nacjonalizmów, kultura polska, generalnie zawsze odtwórcza w stosunku do zachodniej, nie była zbyt interesująca dla znacznej części społeczeństw etnicznych zamieszkujących II RP. Zresztą multi-kulti może być akceptowane, jeżeli procentowo liczba innych narodowości w danym społeczeństwie nie przekracza 15% (było szereg badań, w różnych krajach, na ten temat, ale ze względu na poprawność polityczną nie informowano o tym powszechnie w   mediach funkcjonujących na terenie Polski). Gdy powyższa  liczba zostanie przekroczona, istnieje duże prawdopodobieństwo powolnej dezintegracji danego społeczeństwa,  w tym występowanie konfliktów etnicznych, które często  wykorzystują groźni demagodzy – obu stron konfliktu. Kończy sie etnografia, barwność, szacunek do różnic kulturowych, a zaczynają się poważne problemy społeczne.

Odnośnie zapóźnienia gospodarczego to wiem, że podniesie się krzyk naukowców – patriotów i półinteligentów karmionych po 1989 bzdurami o tzw. potędze II RP i ględzących o sukcesach Polski  piłsudczykowskiej. Głównymi argumentami będzie rozpoczęcie budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego, zbudowanie Gdynie itp. Rzecz w tym, że nie dotyczyło to KRESÓW II RP. Tam utrwalano Polskę C.  A kulturę polską wśród Białorusinów i Ukraińców (generalnie prawosławnych) próbowały  krzewić polskie dewocjonalno – katolickie dwory (polskije pany). NIE TE CZASY i NIE TEN ETAP DZIEJÓW HISTORII POWSZECHNEJ.

II. Geopolityczne uwarunkowania tajnego załącznika do paktu  Ribbentrop- Mołotow z 23.08.1939r zaneksem  z 28.09.1939r.

1.Wśród polskiego społeczeństwa najwięcej emocji wywołuje tajny załącznik do paktu, wraz z późniejszym aneksem i jego ustalenia dotyczące terytorium II RP. Na mocy tajnego załącznika w razie zmian terytorialnych i politycznych na obszarach należących do państwa polskiego, strefy interesów Niemiec i ZSSR będą rozgraniczone mniej więcej wzdłuż linii rzek Narwi, Wisły i Sanu. Na mocy aneksu z 28.09.1939r. ZSRR zgodził się na odstąpienie Niemcom wschodniej części Mazowsza i Lubelszczyzny.

Prawicowi historycy i politycy bełkoczą o nienawiści ZSRR, czy osobiście Stalina, do Polski i Polaków itp.

Są to zwykłe bzdury. Głównym powodem były względy geopolityczne, czyli przesuniecie granicy zachodniej ZSRR jak najdalej od najważniejszych centrów administracyjnych i gospodarczych ZSRR. Trzeba pamiętać, że na mocy traktatu pokojowego w Rydze 18.03.1921 r. granica Polski na wschodzie została ustalona aż na linii Zbrucza i Dźwiny, obejmując po stronie polskiej ziemie na wschód od Bugu tj. zachodnią część Wołynia i Polesia z Brześciem, Pińskiem i Łuckiem, gubernie: grodzieńską oraz wileńską wraz z zachodnią częścią Mińszczyzny (Nieśwież). Rosja i Ukraina uznały polskie prawa do Galicji Wschodniej.

Gdyby nie doszło do podziału Polski pomiędzy Niemcy i ZSRR we wrześniu 1939 roku, to wojska niemieckie doszłyby do wschodnich granic II RP i miałyby znacznie krótszą drogę do Moskwy.  Kierownictwo ZSRR zdawało sobie z tego sprawę i dlatego zawarło doraźny sojusz ze swoim śmiertelnym wrogiem. O tym, że geografia, rozmiar terytorium i jego ukształtowanie ma znaczenie, nawet we współczesnych czasach, można przeczytać w znakomitej książce dr Jacka Bartosiaka11„Pacyfik i Eurazja. O Wojnie”

2.W tej chwili na pewno usłyszę słowa oburzenia, dużo o patriotyzmie itp.

Tym wszystkim, odpowiem w sposób następujący:

Ponieważ, po pokoju ryskim II RP czuła się silna i nie musiała liczyć się z poczuciem godności narodowej części sąsiadów to:

a) w październiku 1920 roku Józef Piłsudski upozorował bunt gen. Lucjana Żeligowskiego, którego wojska zajęły Wilno i okolice, a następnie, po ogłoszeniu powstanie tzw. Litwy środkowej włączono ją razem z Wileńszczyzną i Wilnem do Polski. Niepodległa Litwa proklamowała stan wojny z Polską, który trwał do 1938 roku, ale  pod groźba wojny ze strony Polskiej  Litwa została zmuszona do nawiązania stosunków dyplomatycznych  ( do tej pory wielu Litwinów ma alergiczną wysypkę, jak słyszą o Polsce)

b) Polska wykorzystała osamotnienie i dramat Czechosłowacji po konferencji monachijskiej i polskie wojska wkroczyły 2 października 1938 roku na Zaolzie, które zostało włączone do Polski (a zajęcie Zaolzia nie miało dla Polski  żadnego znaczenia geopolitycznego, w przeciwieństwie do działań ZSRR w dniu 17.09.1939r, który dzięki temu znacznie przesunął swoją granicę zachodnią, co było bardzo ważne w czasie ataku Niemiec w czerwcu 1941 roku)

Co więcej, zajecie Zaolzia zostało odebrane przez opinie międzynarodową, jako współpraca z Hitlerem. W Polsce natomiast trwało patriotyczne szaleństwo inspirowane przez niezbyt rozgarnięty i dyzmowaty obóz piłsudczykowski.

c) zajętą część Ukrainy i Białorusi starano się sie generalnie repolonizować (aczkolwiek z różnym natężeniem w różnych okresach) poprzez kolonizację, nadawanie ziem żołnierzom i inwalidom wojennym, tworzenie osad wojskowych, ograniczanie działalności kulturalnej mniejszości narodowych itd.

 „Łagodniej, choć też nie bezkonfliktowo, układały się stosunki z Białorusinami, Źródła odmienności wiązały się być może i z tym, że nietożsame  konotacje wywoływał  osławiony stereotyp: polskije pany. Bardziej  nacjonalistycznie   myślącemu Ukraińcowi kojarzył sie on generalnie  z Polska i Polakami. Natomiast dla Białorusina – jak zresztą  często i dla chłopa – Polaka z terenów byłej Kongresówki – polski pan  to tyle, co ziemianin, obszarnik dziedzic czy – ewentualnie – wysokiej rangi urzędnik. Dla dalszego biegu sprawy owo rozróżnienie  bywało ważne. W drugiej połowie 1941 roku wraz ze zwycięskimi armiami Hitlera wracali  bowiem na ziemie wschodnie dziedzice – niemal bez wyjątku Polacy, by żądać od chłopów zwrotu inwentarza i rozparcelowanych  w roku 1939/1940 gruntów folwarcznych. A w razie oporu z fatalnym dla polskiej sprawy skutkiem zwracali się o interwencję  do władz niemieckich.       A wileńskie pismo konspiracyjne „Nowe Drogi” (organ Stronnictwa Demokratycznego) na gorąco tak rzecz przedstawiało „..W lecie 1941 roku do opustoszałych dworów  zaczęli powracać „panowie” (jedni starali sie układać z taktem i spokojem, kompromisowo). Ale inni wracali rozwścieczeni, pełni zapału odwetowcy pod znakiem zemsty, za to co było. Rozpoczęły się gorszące sceny  gwałtów  przy odbiorze inwentarza (…)  Wielokrotnie uciekano się do władz niemieckich  o pomoc w dochodzeniu praw własności. Władze niemieckie interweniowały z ochotą i „biły mordy” chłopom w obronie „słusznych praw polskiego pana” (W przyszłości poniosą karę). Dziś jednak fakt pozostanie  faktem  i oto widzimy, jak wieś wileńska, która została  w ciągu dwuletnich rządów  bolszewickich odkomunizowana, teraz zaczyna się komunizować12

3.Zaraz podniesie sie krzyk, że II RP słusznie zajęła Wileńszczyznę i Wilno, Zaolzie czy znaczne obszary Ukrainy i Białorusi bo tam były skupiska  ludności polskiej. 

Trzeba jednak pamiętać, że  ZSRR również uzasadniał  wejście  swoich wojsk na wschodnie tereny II RP  obroną ludności ukraińskiej, białoruskiej czy żydowskiej  przed polskimi panami. Tłumaczenie radzieckie/rosyjskie nie było/nie jest gorsze od tłumaczenia polskiego.

Jak pisze prof. Henryk Słabek „Wkroczenie 17 września 1939 r. Armii Czerwonej  Polakom kojarzyło się z okupacja i niewolą, natomiast narodowym mniejszościom  słowiańskim wręcz odwrotnie – z możliwością  wybijania się niepodległość, wreszcie Żydom – z pełniejszą  autonomią  oraz obywatelskim  równouprawnieniem, w tym   z dostępem do władz państwowych wszystkich szczebli i rodzajów. W armii ZSRR służyło wówczas ponad 300  generałów-Żydów. Nic więc dziwnego, że i Armia Czerwona, i nowe władze nie tylko  przez komunistów  z mniejszości narodowych  były witane przyjaźnie i uroczyście – bywało że również  bramami triumfalnymi. Chociaż tego rodzaju zachowania – komentował  rzecz Andrzej Friszke – „inspirowali komunistyczni agitatorzy, to jednak  były one również eksplozją tłumionej przez lata nienawiści 13,14,15

III.Nieipeenowskie spojrzenie na 17 wrzesień 19391.

1.Wejście Armii Radzieckiej na tereny wschodniej Polski bez wypowiedzenia wojny, było złamaniem Paktu o nieagresji zawartym 25.07.1932 roku pomiędzy Polską a ZSRR na 3 lata a następnie 5 maja 1934 przedłużonego do 31.12.1945 roku, lecz każdy poważny polityk, dziennikarz, naukowiec musi pamiętać, że głównym powodem złamania przez ZSRR w/w paktu o nieagresji były względy geopolityczne, czyli przesuniecie granicy zachodniej ZSRR jak najdalej od najważniejszych centrów administracyjnych i gospodarczych ZSRR.  Dla ZSRR była to, bez przesady, kwestia dalszego przetrwania (lub nie), jako organizmu politycznego. Gdyby nie było układu Ribbentrop – Mołotow (wraz z tajnym załącznikiem) to wojska hitlerowskie zajęłyby całą Polskę, doszłyby do wschodnich granic II RP i miałyby znacznie krótszą drogę do Moskwy i innych centrów przemysłowych ZSRR. 

2.Trzeba bardzo wyraźnie uświadomić polskiemu społeczeństwu, że wojska radzieckie wkroczyły na wschodnie tereny Polski dopiero 17 września 1939 roku a nie 2 czy 3 września 1939 roku.  Czekały na reakcję Francji i Wielkiej Brytanii na zaatakowanie Polski przez wojska hitlerowskie. Chodziło o to, czy te państwa uderzą na zachodnie granice Niemiec i wspólnie z Polską wezmą Hitlera w kleszcze, czy też pozostawią Polskę samą z pełnymi tego konsekwencjami. Konsekwencjami dotykającymi również żywotnych interesów ZSRR (bez wejścia wojsk ZSRR, nastąpiłoby przesunięcie granic podboju Niemiec daleko na wschód).

3.Gdyby Francja i Wielka Brytania przyszły z pomocą Polsce to wojska radzieckie nie weszłyby 17 września 1939 roku. Stalin czekałby na wynik rozgrywki militarnej.

4.Ponieważ 12 września 1939 roku – po konferencji w Abbeville –  było już jasne, że Polska nie otrzyma żadnej pomocy ze strony sojuszników zachodnich, a 16 września 1939 roku podpisano ostateczny układ rozejmowy z Japonią, wojska ZSRR przekroczyły – kierując sie twardymi zasadami geopolityki –  wschodnią granicę Polski.

5.Na konferencję w Abbeville nie zaproszono przedstawicieli polskiej dyplomacji. Co więcej, „Ostatecznie polskie nadzieje na realną pomoc Francji w nierównym starciu z Niemcami zostały przekreślone 12 września. Do tego czasu nasz attaché wojskowy w Paryżu płk Wojciech Fyda regularnie składał wizyty we francuskim Ministerstwie Wojny dopominając się o wojskową pomoc. Czynił to – w odczuciu gen. Gamelin – tak natarczywie, że w końcu przestał być przyjmowany16

Pamiętajmy, żeby nie  dać się  ogłupić  naukowcom-patriotom i psychotycznym środowiskom od tzw. bomby smoleńskiej. Rzetelne podejście do trudnych spraw naszej i światowej historii może uchronić nas, współczesnych,  przed tragediami jakie były udziałem naszych,  nie zawsze roztropnych, przodków.

 

Przypisy:

1.https://oko.press/naukowcy-patrioci-pis-za-komuny/

2.”W 1939 roku Stalin proponował Francji i Anglii atak na Niemcy. Londyn odtajnił dokumenty” -Małgorzata Gołota , 2013,Polskatimes

3.F. Furet „Przeszłość pewnego złudzenia. Esej o idei komunistycznej w XX w.”Oficyna Wydawnicza  VOLUMEN 1996

4.A.Erlich, The Soviet Industrialization Debate1924-1928,Cambridge

5.A.Leszczyński „Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943-1989, Instytut Studiów Politycznych PAN, Krytyka Polityczna

6.Krwawe strajki w II RP, Przegląd https://www.tygodnikprzeglad.pl/krwawe-strajki-ii-rp/

7.T.Bernadzikiewicz „Przerosty etatyzmu. Uwagi o gospodarce  państwowej w Polsce” Warszawa1935

8.A.Leszczyński „Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943-1980….

9.M. Tychmanowicz „Dlaczego Anglia i Francja zdradziły Polskę?”, 01-09-2011 dla WP

10.P. Zychowicz „Opcja niemiecka. czyli jak polscy antykomuniści próbowali się porozumieć z III Rzeszą”, Rebis 2016

11.Dr Jacek Bartosiak, zajmuje  się geopolityka i strategią oraz nowoczesna sztuką wojenna. Senior Fellow w Potomac Foundation w Waszyngtonie. Ekspert Centrum Analiz  Klubu Jagiellońskiego. Był współzałożycielem  Narodowego Centrum Studiów Strategicznych. Adwokat i partner zarządzający  w kancelarii adwokackiej zajmującej sie obsługa biznesu

12.H. Słabek „O społecznej historii Polski 1945-1989” wyd. KiW

13.J.Tomaszewski „Mniejszości narodowe w Polsce”14

14.H. Słabek „O społecznej historii Polski 1945-1989” wyd. KiW

15.A Friszke „Polska. Losy  państwa i narodu 1939-1989”, Warszawa 2003

16.T.Panecki „Francja wobec Polski we wrześniu 1939 r. – prawdy i mity” Akademia Pedagogiki Specjalnej im. M. Grzegorzewskiej w Warszawie Warszawa 21.08.2017r.

HISTORIA BEZ  IPN

/artykuły od najnowszych do najstarszych /