Radosław Czarnecki:PREZYDENTKA ESTONII W MOSKWIE

Politykę wszystkich mocarstw określa 
ich położenie geograficzne. 
Napoleon BONAPARTE

W dn. 18.04.2019 r. w Moskwie została otwarta po gruntownym remoncie ambasada Estonii. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie dwa fakty związane z tą datą. Otóż wyremontowana i będąca „jak nowa” ambasada tego nad-bałtyckiego kraju i jednocześnie poradzieckiej republiki mieścić się będzie w historycznym budynku ambasady estońskiej, jaką otwarto w roku 1921 zaraz po powstaniu pierwszego w historii państwa estońskiego. Dla tego malutkiego narodu – zdominowanego przez wieki a to przez Szwedów, a to przez Rosję – takie symbole mają ogromne znaczenie tożsamościowe. Choć często graniczy to z przesadą i infantylizmem.

Drugim elementem, ważniejszym i mającym określony, dyplomatyczny i polityczny ciężar gatunkowy, jaki będzie miał wtedy miejsce w stolicy Rosji, jest wizyta prezydentki Estonii Kerstin Kaljuaid oraz jej spotkanie z prezydentem Władimirem Putinem. Ten fakt z kolei jest o tyle symbolicznym , iż ostatnie spotkanie przywódców obu krajów miało miejsce w 2011 r. kiedy to ówczesny prezydent Tooma Ilves spotkał się z Putinem w Petersburg. 

Stosunki Estonii i Rosji – zresztą jak ze wszystkimi republikami nadbałtyckimi – są napięte i nie wolne od wzajemnych uszczypliwości czy nawet wrogości. Z jednej strony we wszystkich tych krajach chodzi o prawa mniejszości mówiącej językiem rosyjskim i często przyznającej się do kultury rosyjskiej i do tzw. „ruskiego mira” (pozostałość po ZSRR), a z drugiej są to zaszłości i konsekwencje historii: w czasach ZSRR tzw. Pribałtyka wchodziła w skład Związku Radzieckiego. W przypadku Estonii chodzi jeszcze także o terytorialny spór. Nieuregulowaną kwestią we wzajemnych stosunkach pozostaje sprawa traktatu granicznego podpisanego po wielu latach negocjacji w 2014 r. Traktat ten, który wyznacza także wschodnią granicę UE i NATO, dotychczas nie został ratyfikowany. Jedną z przyczyn był zapis w preambule, w której jest odwołanie do pokoju w Tartu z 1920 r., na mocy którego proklamowana w 1918 r. Republika Estońska miała większe terytorium. W ostatnim czasie ze strony rosyjskiej płynął również przekaz, że traktat nie będzie przyjęty „tak długo, jak Estonia nie zmieni swojego zachowania w stosunku do Rosji”. Jeszcze w grudniu 2018 r. rosyjski ambasador w Tallinie Aleksandr Pietrow mówił o obecnych stosunkach estońsko-rosyjskich (analogicznie jak o relacjach ze wszystkimi krajami UE, a przede wszystkim z członkami NATO, i Rosji), iż „nie należą do najlepszych”.

Zamieszanie wokół otwarcia ambasady estońskiej w Moskwie i chęć dokonania tego aktu przez Kaljuaid zaowocowało wymianą not z rosyjskim MSZ-tem, gdyż pobyt prezydentki Estonii w Moskwie i nie spotkanie się z gospodarzem Kremla w dyplomatycznym wymiarze miałby wymiar sporego faux pas. Koniec końcem ze strony Estonii nadeszła prośba o spotkanie z Putinem, co Kreml ustami rzecznika prezydenta Rosji w marcu oficjalnie ogłosił.
Decyzja Kaljuaid spotyka się z różnymi opiniami i ocenami, zwłaszcza w poradzieckich państwach bałtyckich: Litwie i Łotwie. Prezydentka Estonii co prawda zapowiedziała, iż w czasie wizyty na Kremlu poruszy sprawy konfliktów Rosji z Ukrainą i Gruzją (które są wynikiem ingerencji Moskwy w wewnętrzne sprawy Tbilisi i Kijowa) ale zastrzeżenia oraz krytyka ze strony poradzieckich sąsiadów Tallina pokazują, iż Estonia wybrała kurs na indywidualną – a nie wspólną – próbę uregulowania stosunków z Rosją. Najlepiej ten klimat zdystansowania i lekko zawoalowanej krytyki działań Estonii oddają wypowiedzi litewskich polityków w debacie przed euro-wyborami i wyborami prezydenckimi na Litwie planowanymi na maj br. Zarówno premier Saulius Skvernilis jak opozycyjni politycy (Ingrid Simonyte i Gintas Nauseda) podczas jednej z debat poddawali pod wątpliwość ewentualne efekty tej wizyty. Simonyte w ogóle mówi, iż nie widzi – jako kandydatka na urząd prezydenta Litwy – tematów o których Wilno (i poradzieckie republiki nadbałtyckie) mogłyby rozmawiać z Rosją. 

Obecna prezydentka Estonii jeszcze nie tak dawno mówiła, iż sama obecność języka rosyjskiego w Estonii w takiej skali jak to ma aktualnie miejsce jest zagrożeniem dla bytu i kultury estońskiej. Dziś jak widać – i słychać z medialnych przekazów – wyraźnie osłabiła swój sąd w tej mierze nie podnosząc go w jakikolwiek sposób w rozmowach na Kremlu. 
Kerstin Kaljuaid, prezydentka Estonii od 2016 roku, dwukrotnie żonata i matka czwórki dzieci, ekonomistka i dziennikarka (prowadziła w latach 2002-04 popularny program publicystyczny w Kuku Raadio), przedstawicielka Estonii w Europejskim Trybunale Obrachunkowym (2004-2016), uważana jest za klasyczną liberałkę (wcześniej nawet jako neo-liberałkę). Rozmowy z osobami, które znały ją z czasów pracy w Luksemburgu dają obraz osoby raczej skrytej, introwertycznej, Mało emocjonalnej. Zwracano mi też uwagę, że z biegiem lat można było u niej obserwować ewolucję poglądów w stronę zachodnio-europejskiej socjaldemokracji. 

Estonia przeżywa kłopoty gospodarcze, demograficzne, społeczne mimo efektywnych opinii tzw. niezależnych ekspertów „od wszystkiego” na jej temat. Kraj funkcjonuje głównie w oparciu o dotacje z Brukseli, rolnictwo – będące siłą w czasach radzieckich – praktycznie zostało spacyfikowane przez żywność z Zachodu. Podobnie ma się sprawa z przemysłem, zwłaszcza spożywczym (ale ten problem dotyczył wszystkich krajów dawnego RWPG które znalazły się w UE). W Estonii zwłaszcza to problemy związane z rybołówstwem i przetwórstwem z tym związanym: w czasach radzieckich ta republika produkowała znakomite wyroby rybne w wielkich ilościach. Dziś estońscy rybacy przegrali z kretesem konkurencję z zachodnimi kolegami na rynku unijnym. Poza tym Estonię tak jak i inne kraje tzw. Pribałtki dotyka potężna emigracja zarobkowa uszczuplająca populację kraju (tym samym rośnie procentowy udział rosyjskojęzycznej ludności – w Estonii to ok. 28 %: Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini). Po wybudowaniu przez Rosję portu w Ust-Łudze, najnowocześniejszego i największego pod względem przeładunków portu na Bałtyku (koszty przekroczyły 2,5 mld dolarów), będącego także końcem ropociągu BTS-2 Tallin (ale i inne poradzieckie porty nadbałtyckie) doznał potężnego uszczerbku z racji spadku przeładunków. Uszczupla to poważnie budżety tych krajów. Transport kolejowy z Azji to głównie kontenery wiezione przez Syberię i europejską część Rosji skierowany został aktualnie do Ust-Ługi. Kłopoty budżetów krajów nadbałtyckich wiążą się też z kontr-sankcjami jakie Rosja nakłada w ramach retorsji na kraje Unii Europejskiej. Transport towarów z Rosji przez Łotwę i Estonię niemalże zamarł.

I jak słusznie sądzili eksperci nie tylko w Moskwie o tych właśnie problemach chciała (i rozmawiała – lakoniczny komunikat z rozmów na Kremlu tego nie potwierdza) Kerstin Kaljuaid rozmawiać z Władimirem Putinem. Poza tym – jak sądzą inni komentatorzy – jest to sondowanie możliwości nowego otwarcia w kierunku normalizacji stosunków z Rosją przez kraje spoza tzw. „starej Unii” (zwłaszcza te które były w orbicie wpływów Związku Radzieckiego do chwili jego rozwiązania). Dotyczy to zwłaszcza Niemiec, Francji i Włoch które na tym polu „jedno mówią a drugie robią”. O tym najlepiej świadczy, iż w dn. 18.042019 roku Władimir Putin przyjął na Kremlu kilkudziesięciu przedstawicieli największych firm i korporacji francuskich z Totalem, Renault i Credit Agricole na czele zainteresowanych inwestycjami w Rosji. Estonii przyświecać mogą więc głównie wspomniane sprawy gospodarcze i społeczeno-kulturowe. Polityka, mimo różnic w interesach i interpretacji różnorakich zjawisk opiera się na dialogu i dyplomacji. Nie na dąsach, pobrzękiwaniach szabelką, polityce historycznej w „polskim wydaniu” (nie tylko pisowskim) itp. infantylnych zachowaniach. 
Wypada z wielkim zainteresowaniem śledzić przebieg i efekty wizyty Prezydentki Estonii w Moskwie. Może to zapowiadać odwilż w relacjach Wschodu i Zachodu Europy.

Reklama

Radosław Czarnecki: O dekonstrukcji polskiego imaginarium /Portal – Sprawy nauki/

http://www.sprawynauki.edu.pl/archiwum/dzialy-wyd-elektron/315-humanistyka-el/4096-o-dekonstrukcji-polskiego-imaginarium?fbclid=IwAR17jcshBZkXhR9bHlWhkRgD03Dd6EzHWrB37JZcPZojjging2UBCqFZ4n4

 

Mit w sensie przedmiotowym to opowiadanie udramatyzowane, często symboliczno-magiczne, wyrażające ludzkie doświadczenie świata jako rzeczywistości sakralnej. Objawia modele wszelkich obrzędów i ludzkiej działalności, w których doznaje się religijnego lub quasi-religijnego doświadczenia świata. W języku potocznym mit jest synonimem fikcji, tego co nieprawdziwe, nierealne, irracjonalne, irracjonalne. Mit od XIX wieku w wyniku rozwoju nauki i techniki oraz takich trendów i prądów myślowych jak: ewolucjonizm, scjentyzm, kult wolności i sprawiedliwości społecznej, postrzegany jest jako coś nienaukowego, antymodernistycznego, stając się synonimem zacofania, zaściankowości, ciemnogrodu.

Mity są społecznym snem, a sny – osobistym mitem.
Joseph Campbell

 

Mit jako przebrzmiały sposób opisywania świata i procesów w nim zachodzących, zdaniem prof. Ludwika Stommypolega na przedstawieniu kultury i natury w taki sposób, aby wytwory społeczne, ideologiczne, historyczne, materialne itd. oraz powiązane z nimi bezpośrednio powikłania moralno-etyczne, estetyczne, wyobrażenia i sama kultura były rozumiane jako „powstałe same z siebie” lub w wyniku interwencji sił wyższych, pozaracjonalnych. Wtedy można je zadekretować jako „głos opinii publicznej”, „dobre prawo”, „odwieczne wartości”, „normalne stosunki społeczne”, „chwalebne zasady”, czyli jednym słowem – rzeczy wrodzone, dane od Boga (czy innej siły pozaziemskiej).
To – wedle Stommy – forma przekazu wykładni dziejów czy interpretacji układów społecznych oparta najczęściej na chwytliwej formule, iż to jest jedyna, niepodważalna i oczywista prawda. Mamy tu oczywiście również do czynienia z boską ingerencją. 
Mit jest więc rodzajem świadomości społecznej obecnym we wszystkich społecznościach narodowych, obywatelskich, plemiennych czy klanowych. Polacy są jednak pod tym względem wyjątkiem, gdyż mitologia i fantazmaty obecne w ich świadomości, przybierają specyficznie natrętną i karykaturalną postać (co widać obecnie w dwójnasób).
Mit zdejmuje w takiej perspektywie odpowiedzialność z wyznawcy za wybory, decyzje, postawy. To bardzo wygodna i psychologicznie uprawniona pozycja. Uprawniona dla infantylizmu, niedojrzałości. 
Współcześnie uznaje się mit jako zakorzeniony w najgłębszych pokładach ludzkiej psychiki, immanentny jej element niosący prawdę. Przyczyniły się do tego m.in. badania Karola G. Junga i jego szkoły, jak również nowe odkrycia w dziedzinie antropologii kultury.

Mit i religia

Jeden z największych teologów katolickich XX wieku, Karl Rahner zauważył, iż pojęcie mitu nierozerwalnie jest związane z językiem religijnym i z takim też rozumieniem egzystencji człowieka. Każde pojęcie opowiadające o rzeczywistości metafizycznej lub religijnej (leżących poza sferą bezpośredniego doświadczenia) musi się posługiwać wyobrażeniami, które nie są pierwotnymi wyrazami tej rzeczywistości, ale pochodzą z innego źródła. Jeśli przyjmujemy następnie, że to wyobrażenie nie jest statycznym obrazem, lecz ma charakter wyobrażenia dramatycznego, wydarzeniowego, albo można je nazywać wyobrażeniem mitycznym, to można to będzie uznać, iż każda wypowiedź metafizyczna lub religijna ma charakter mityczny, albo podlega interpretacji w terminach mitu.

Wszystkie te elementy znaleźć można w micie Solidarności funkcjonującym cały czas w polskiej narracji. Tym samym dekretuje się je jako „głos opinii publicznej”, „dobre prawo”, „odwieczne wartości”, „normalne stosunku społeczne”, „chwalebne zasady”. Jednym słowem – rzeczy wrodzone, dane od siły pozaziemskiej. Mitem jest też forma przekazu wykładni dziejów czy interpretacji układów społecznych opartej najczęściej na chwytliwej formule, iż jest to jedyna, niepodważalna i oczywista prawda. Mamy tu do czynienia z kolei z nadprzyrodzoną ingerencją.

Jak zauważa Simone de Beauvoir, „większość ludzi zadowala się mitami, tanim poczuciem wieczności, absolutem w kieszonkowym wydaniu”. To w świetle tezy Karla Poppera mówiącej, że „w postaci mitów społeczeństwo narzuca (…) jednostkom, obrazowo i uchwytnie, swoje prawa i obyczaje; dzięki mitom nakaz zbiorowości, kolektywny imperatyw, wciska się w każdą świadomość. Za pośrednictwem religii, tradycji, języka, podań, pieśni, kina – mity przenikają nawet do egzystencji, całkowicie prawie ujarzmionych przez materialne konieczności” jest niezwykle znamienne. Tu bowiem bylejakość myślenia i lichość potrzeb ogółu (de Beauvoir) miesza się z przymusem i narzuceniem przez zbiorowości jednostkom zachowań, postaw, nawet schematów myślowych (Popper) nie odpowiadających wartościom i przekonaniom tych jednostek. Służą do tego odpowiednie metody i formy funkcjonowania zbiorowości. Ale jest to gwałt na psyche jednostki. 

Polityka napuszenia i kiepskiego mistycyzmu

Prof. Jan Szczepański, socjolog i wybitny myśliciel, zauważył już przed 40 ponad laty, że „polityka w Polsce ciągle rozgrywa się w sferze emocji i ciągle sądzimy, iż rozwój kraju zależy od postaw patriotycznych, zaangażowania, oddania sprawie, ofiarności etc. i ciągle w wychowaniu i propagandzie kładziemy nacisk na emocje. 
Jest to z jednej strony nieefektywne, gdyż ludzie żyjący w podnieceniu emocjonalnym zużywają się znacznie szybciej, emocje często przeradzają się w przeciwieństwa, trwają krótko. A zatem jako metoda sterowania długofalowym wynikiem jest nieskuteczna. 
Z drugiej strony jest to igranie z ogniem, gdyż pobudzenia emocjonalne mogą zawsze przynieść niespodziewane skutki”. 
Czy coś się w tej mierze zmieniło? Jeśli tak, to z pewnością na gorsze. Bo przecież mit jako rzeczywistość żywa i przeżywana podlega podobnie jak zjawisko religii, deformującym procesom historycznym, społecznym, kulturowym, politycznym itd. Mit w ich wyniku zdegradowany zostaje do pewnego rodzaju narracji, używanej do określonych, na pewno pozamitycznych czy pozareligijnych, utylitarnych (np. politycznych) celów.

Polski humanista światowej sławy prof. Andrzej Walicki w tym kontekście zwraca uwagę na szczególną uległość polskiego społeczeństwa wobec różnorakich form przemocy ze strony zbiorowości (chodzi o dzieje naszego narodu), predylekcji do poddania się modom, popularnym trendom i alienacji z uniwersalnie pojętych spraw publicznych. Przytakiwania możnym. „To samo działo się w heroicznym okresie Solidarności: wymuszano konformizm pod groźbą środowiskowych anatem i ostracyzmów, krytyczny sąd traktowano jako rodzaj odstępstwa. Organizowano nawet coś w rodzaju antykomunistycznej indoktrynacji. Miało to wówczas uzasadnienie w etosie moralnej walki, ale pozostawiło po sobie fatalną tradycję nietolerancji wobec eksprzeciwników oraz przypisywanie kombatantom zbiorowej wyższości moralnej i wynikających z nich uprawnień”. 
To, na co zwraca uwagę Walicki, bierze się z szerzonej megalomanii, ze sztucznego heroizmu, z napuszenia i kiepskiego mistycyzmu oraz traktowania Polski (i siebie) jako Chrystusa narodów. To cień Mesjasza, który siebie składa w ofierze za innych. I ciągnie się ta skaza w zbiorowym nadwiślańskim myśleniu zaciemniająca racjonalizm, pragmatyzm i realizm, od wieków. Setna rocznica odzyskania przez Polskę państwowości potwierdza to znakomicie.

Prof. Barbara Świda-Zięba, socjolog i działaczka demokratycznej opozycji z lat PRL, będąc uczestniczką obrad Okrągłego Stołu z niesmakiem stwierdza w swej ostatniej książce, iż jej niedawni fratrzy podczas już konkretnych rozmów w istotnych dla kraju sprawach pokazują swą małość, miałkość intelektualną, kompletne nieprzygotowanie do uniwersalizmu państwowotwórczego. Sędziwa intelektualistka u schyłku życia pisze: „Za to szalał manipulant koło trzydziestki, Czaputowicz. Ważny kandydat na czołowego polityka opozycji. Zdążył już rozbić >Wolność i Pokój< i ma swoją organizację. On to z tej przypadkowej (choć niegłupiej) zbieraniny chciał stworzyć (…) jakieś podkomisje o nieokreślonych kompetencjach, a przewodniczących wyłonić zaraz. Niech harcerze zbiorą się w jednym kącie i wybiorą harcerza, robotnicy w drugim kącie – wybiorą robotnika itd. I dokooptujemy ich do komisji (składającej się, jak pisałam, w większości ze staruszków) – komisji, co nie wiadomo, co ma robić, ale wiadomo, że ma namaszczenie Wałęsy”.
I podsumowując cały fragment poświęcony opozycji demokratycznej przy Okrągłym Stole pisze: „nie mogłam się powstrzymać, by nie zauważyć, że Okrągły Stół uaktywnia nietolerancję, swoistą też dla lat 1980-1981, odbiera jednostce prawo do indywidualnych sądów. Uruchamia mechanizmy psychologii tłumu”.

Modlitwą i magią silni

Czy dzieje III RP nie są jakby egzemplifikacją takich właśnie działań, takiej mentalności, takiej potrzeby posiadania przez każdego swojej politycznej kanapy, swojej koterii, swego stronnictwa, gdzie mógłby brylować, przewodniczyć? Dzisiejsza sytuacja jest jedynie kontynuacją i wzmocnieniem tych tendencji, patrzenia na politykę i działalność publiczną w sposób wsobny, egoistyczny, a zarazem mityczny i mesjanistyczny. Gen szlachcica na zagrodzie równego wojewodzie, który uosabiać ma polskie umiłowanie wolności, demokracji (tu – szlacheckiej, a de facto były to rządy oligarchii magnacko-szlacheckiej prowadzące do kompletnej anarchii i anihilacji państwa na ponad 100 lat) ma się całkiem dobrze. 
Zresztą, gloryfikowaną nad miarę II RP, będącą dziś w powszechnej narracji mitologicznym Edenem (m.in. ziemiaństwo, dworki, „nie oddamy ani guzika”, marsz na Wilno czy Zaolzie, COP i Gdynia) również charakteryzował ten zabójczy syndrom destrukcyjnego partyjniactwa i salonowych koterii, oligarchiczny system funkcjonowania państwa (zwłaszcza w latach 30. XX w.), potworne zróżnicowanie społeczno-kulturowe. W >Sprawach Nauki< pisał dwukrotnie na ten temat prof. Witold Modzelewski w 2018 roku.

Prof. Leszek Kołakowski stwierdził kiedyś, iż dotychczasowe wychowanie chrześcijańskie (w wersji potrydenckiej, kontrreformacyjnej) podtrzymywało – a w Polsce ma to miejsce po dziś dzień jako trend nasilający się i coraz bardziej totalny – przekonanie związane z obrządkami religijnymi i sakramentami jako elementami wierzeń magicznych. Tym samym sugeruje się, iż modlitwy, obrządki, pielgrzymki, czuwania itd. – choć włączają, rzecz jasna, działania nadziemskiej energii – mają przede wszystkim zapewnić skuteczność techniczną w osiągnięciu zamierzonego celu. Tym samym stają się one formą manipulacji, zaklinania rzeczywistości, mających zmienić realnie rzeczywistość. 
Tak realizowany religijny kult powoduje ustawienie wierzenia religijnego na antypodach racjonalności i empiryzmu. I to się nie zmieni, dopóki nie zdekonstruuje się imaginarium, nadwiślańskiej silnie zmitologizowanej świadomości, lechickiej mentalności nie oczyści z przaśnego ludyzmu, bezrefleksyjnej manifestacyjności podyktowanej postawą: „bo tak wypada”, czy „co ludzie powiedzą”.

Mitomańscy mistycy znad Wisły

Demitologizacja zawsze bardzo boli, bo z mitem trudno się rozstać, zwłaszcza człowiekowi owładniętemu mitomańskim mistycyzmem („ rozpadające się iluzje boleśnie ranią” pisał Anthony de Melo, TJ). Zwłaszcza, kiedy od dekad używa się mitu dla utylitarnych, niskich – przede wszystkim politycznych i doraźnych – celów. 
To stąd biorą się powszechne (w mikro- i makroskali) mniemania, czy przekonania, o polskiej wyjątkowości, będące dalekim echem towiańszczyzny czy romantycznych rojeń nadwiślańskich wieszczów. Doskonale pokazuje ten casus Sławomir Mrożek w Weselu w Atomicach, gdzie prawdziwy Polak-katolik, kibol i nacjonalista, (ale takie schematy myślowe spotykać można również we wszystkich wspólnotach i zbiorowościach nad Wisłą i Odrą) uprzejmie prosi o oddanie mu władzy nad światem, a swoja prośbę uzasadnia tym, iż „jest lepszy, mądrzejszy i bardziej osobisty od wszystkich ludzi”.

I na koniec jeszcze jedna sprawa. Każdorazowe powstanie czy odrodzenie państwa polskiego (a miało to miejsce kilkakrotnie w tysiącletniej historii naszego kraju) traktuje się – jak pisze wspominany prof. Witold Modzelewski – w sposób cudowny, legendarny, mityczny, nie uwzględniając absolutnie warunków zewnętrznych jak i normalnych procesów społeczno-politycznych wpływających na tego typu zjawiska i wydarzenia. 
„Ów cud odrodzenia miał być należną nam łaską, sakralizować twór publicznoprawny powstały przed stu laty. Zwycięstwo Dobra (pisanego dużą literą) jest wyrazem sprawiedliwości dziejowej czy też ładu moralnego, który został tym samym przywrócony”. Po prostu, boskie ingerencje i iluminacje ludu bożego (ale najczęściej chodzi tu o elity) powodują pojawienie się Polski na mapie Europy.

Taki sposób uprawiania polityki, ale też i nauki oraz formy dialogu elit ze społeczeństwem, przez omyłkę lub manipulację nazywanej historyczną, taki przekaz publiczny i taka forma edukacji jest nie tylko anachronizmem i wizją sprzed stu laty. To kolejna wersja polskiego irracjonalizmu i misjonizmu (jak określa to prof. Bronisław Łagowski w swych tekstach). Ale najsmutniejszym jest to, iż nikomu zdaje się nie przeszkadzać ów absurd, owa alienacja ze światowych trendów, to pogrążenie się w „przaśności” i „naszości” mitów, legend, chciejstw i fantazmatów. Mimo XXI wieku i kierunków, w jakich podąża rozwój świata i ludzkości. Czyżbyśmy wszyscy już przez nachalną retorykę i permanentne oszustwa tak bardzo zboczyli na intelektualne manowce i odeszli od racjonalności oraz realizmu?