CZY PRAWO DO SAMOSTANOWIENIA ISTNIEJE W EUROPIE?

W dniu 04 lutego 2018 roku o godz. 17,30 przy ul. Marszałkowskiej 7 w Warszawie odbędzie się spotkanie „Czy istnieje prawo do samostanowienia w Europie”.

Spotkanie odbywa sie w ramach projektu europejskiego Fundacji „Naprzód”  

Debata „FASZYZACJA – MISTYFIKACJA CZY REALNE ZAGROŻENIE” – 25.01.2018r.

W dniu 25 stycznia, o godz. 17.30, we Wrocławiu, przy ul. Zelwerowicza 16, lokal 3, I piętro) odbędzie się debata w ramach Społecznego Forum Wymiany Myśli – Klub Dyskusyjny nad zagadnieniem faszyzacji życia publicznego w naszym kraju. Temat: „FASZYZACJA – MISTYFIKACJA CZY REALNE ZAGROŻENIE”. Patronat nad debatami objęła redakcja lewica.pl.

Reklama

Solidarność – upadek mitu/Historia bez IPN/

Tekst „Solidarność – upadek mitu” został napisany w lutym 2007 roku. W mojej ocenie pozostaje nadal aktualny. Uzupełniłbym go o jedynie o stwierdzenie, że, w mojej ocenie, środowisko Solidarności – zwłaszcza w okresie do 1989 roku – zostało głęboko spenetrowane przez wywiady, głównie CIA, niemieckie BND i izraelski Mossad.

Dla każdego, kto interesuje się polityką bardziej dociekliwie i krytycznie a także funkcjonowaniem służb specjalnych polskich i zagranicznych, oczywistym jest, że środowisko działaczy Solidarności było głęboko penetrowane przez wywiady natowskie i Mossad.

Ta cała nagonka antykomunistyczna i ględzenie o układzie , teczki – to odwrócenie uwagi od powyższej sprawy. Żeby nikt nie zaczął zastanawiać się czy nie ma agentury natowskiej w kolejnych ekipach post-solidarnosciowych rządzących Polską.

Nie znam żadnej pracy IPN która by na poważnie zajęła sie tym tematem. A to,  o czymś – w mojej ocenie- świadczy. Jeżeli taka praca jest, to proszę o informację. Chętnie się z nią zapoznam.

Niechęć, a wielokrotnie wrogość, do PRL,  ich władz, ZSRR, obietnica pomocy dla podziemnych struktur i osobistej (pomoc w urządzeniu się na Zachodzie w przypadku gdyby trzeba było emigrować) – niewątpliwie czyniła środowiska Solidarności, zwłaszcza podziemnej, wdzięcznym polem do pozyskiwania współpracowników wywiadów zachodnich.

Napisano wiele książek i artykułów historyczno-publicystycznych o Polsce po 1989 roku.

Osobiście sądzę, że gdyby polscy historycy uzyskali dostęp do archiwów USA, Niemiec, Izraela, a zwłaszcza ich służb specjalnych, to pewną część polskiej historii po 1989 roku trzeba by pisać od nowa. Wiele spraw uznanych przez polskich obywateli za głupotę czy zdradę polskich interesów gospodarczych i narodowych, a także różne fobie – można by inaczej wyjaśnić, i zrozumieć.

Przypuszczam, że dopiero za kilkanaście lat pojawią się dziennikarze śledczy, którzy zajmą tym się tematem, który obecnie jest politycznym tabu. Niewygodnym, dla praktycznie wszystkich partii politycznych, a zwłaszcza tych o korzeniach solidarnościowych. 

*******************************************************

Polsce potrzebna jest mentalna desolidaryzacja i zarazem dogłębna deklerykalizacja życia politycznego i społecznego. Są to sprawy powiązane, ponieważ to głównie środowiska solidarnościowe budują w Polsce państwo wyznaniowe. Powininny to być nie tylko postulaty partii lewicowych, ale projekt obywatelski o ile chcemy, jako społeczeństwo,   wybić się na niepodległość a jako jednostki uzyskać suwerenność myśli i ducha.

Jeżeli Solidarność nie chce zasłużyć na miano nieudanego eksperymentu społeczno-politycznego, kolejnej politycznej fantasmagorii XX wieku, to działacze wywodzący się z tego środowiska powinni przeprosić polskie społeczeństwo za wyrządzone i wyrządzane krzywdy.

Solidarność była od swoich początków formacją konserwatywną, uwikłaną w konflikt polityczno – światopoglądowy dwóch przeciwstawnych obozów politycznych. Solidarność ograniczyła się do walki o prawa polityczne, lecz nie walczyła o wolność jednostki w sferze obyczajowej i światopoglądowej. Z duża dozą prawdopodobieństwa należy przyjąć, że czołowi działacze polityczni i związkowi tej formacji niezbyt dobrze rozumieli, według jakich zasad funkcjonuje społeczeństwo obywatelskie. Dla nich szczytem wolności był system wielopartyjny przedstawiany, w formie uproszczonej, przez „Wolną Europę” czy „Głos Ameryki” Był to, więc, z natury rzeczy, ruch płytki i co trzeba podkreślić antyracjonalistyczny i patriarchalny. Część działaczy tego ruchu rozpoczęła, po 1990 roku, budowę państwa wyznaniowego które gwałci prawa obywatelskie i godność człowieka. Nie ma się zresztą, co dziwić, ponieważ ruch solidarnościowy był pod dużym wpływem Kościoła katolickiego.

Obecnie próbuje się, w sposób całkowity i agresywny, zmistyfikować ruch solidarnościowy i przedstawić go, jako element światowego ruchu o prawa człowieka. W rzeczywistości, pozostałby ruchem prowincjonalnym, gdyby nie został uznany, przez NATO, za element rozsadzający Układ Warszawski. Solidarność była, miedzy innymi, wspierana przez Stany Zjednoczone, które pod hasłami obrony praw człowieka walczyły z ZSRR.

Rządy Ronalda Reagana i Margaret Thatcher, politycznych protektorów Solidarności, same łamały prawa związkowców w swoich krajach. Stany Zjednoczone popierały brutalne reżimy łamiące prawa człowieka, zarówno prawicowe jak i lewackie, pod warunkiem, że były one wobec nich usłużne.

Szeroko rozpowszechnianym mitem jest to, że to głównie działania Solidarności doprowadziły, w 1989 r., do zmian politycznych w Europie Środkowo-wschodniej. Jest to, delikatnie mówiąc, przejaw megalomanii, ponieważ Solidarność w latach 1986-1989 była słaba i zdezintegrowana. Nie miała wpływu na to, co dzieje się w krajach sąsiednich a zwłaszcza w ZSRR. Należy pamiętać, że zmiana systemu politycznego i gospodarczego dokonała się u naszych sąsiadów, mimo, że nie działały u nich organizacje, nawet w małym stopniu, odpowiadające Solidarności jak i późniejszym jej podziemnym strukturom.

Zresztą dzieje polityczne naszego regionu potoczyłyby się, prawdopodobnie, zupełnie inaczej gdyby po śmierci Leonida Breżniewa kierownictwo radzieckie zdecydowałoby się na rozwiązania polityczno-gospodarcze znane obecnie jako model transformacji chińskiej.

Ruch solidarnościowy pozostałby jedynie piękną ideą z elementami mesjanizmu, którą zajmowałyby się grupki radykalnej lewicy i narodowców.

Znamienne jest, że środowiska solidarnościowe nie wytworzyły wartościowych elit politycznych i kulturotwórczych. Nawet te, w większości przeciętne, które ukształtowały się w okresie III RP są brutalnie atakowane przez grupy solidarnościowe pretendujące do miana nowych elit tzw. IV RP. Ten ruch znakomicie nadawał się, i nadal nadaje, do burzenia, lecz nie do budowania nowej, sprawiedliwszej i otwartej na potrzeby ludzi społeczności. Wskazuje to na miałkość ideową i słaby potencjał intelektualny tego ruchu, który występuje w roli, zmistyfikowanej, zbawiciela Polski. Czego zresztą można od niego wymagać, jeżeli uczestnicy solidarnościowych demonstracji, organizowanych w trakcie solidarnościowych rządów Jerzego Buzka, wykrzykiwali pod adresem tego rządu jak i jego urzędników takie słowa jak „precz z komuną”, „komuchy” itp.

Przyjrzyjmy się niektórym wartościom moralnym i intelektualnym, jakim hołduje ekipa polityczna tzw. IV RP, z takim zapałem niszcząca swoich solidarnościowych pobratymców:

1) niektórzy z nich udali się do Augusto Pinocheta i wręczyli mu ryngraf z Matką Boską

2) przedstawiciele obecnej ekipy rządowej uczestniczyli w odsłonięciu pomnika J.Kurasia „Ognia”

3) na stanowisko prezydenta Krakowa w 2006 r. startował, jako kandydat PiS, Ryszard Terlecki, który opublikował dokumenty IPN świadczące, że jego ojciec, znany pisarz Olgierd Terlecki był tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa

4) ekipa rządowa nie zareagował na kuriozalne wypowiedzi wysokich urzędników Ministerstwa Edukacji Narodowej, którzy, miedzy innymi, stwierdzili, że:

a)koncepcja ewolucji to luźna koncepcja niewierzącego starszego pana, który tak widział świat może, dlatego, że był wegetarianinem i zabrakło mu ognia wewnętrznego,

b)teoria ewolucji jest jedną z wielu teorii o powstaniu życia na Ziemi i jest sprawą uczycieli i rodziców, czy znajdzie się w programach nauczania.

5) Pisowska wizja powstania warszawskiego nie bierze pod uwagę, że wywołanie przez kierownictwo Armii Krajowej powstania, przy koncepcji dwóch wrogów, musiało skończyć się klęską, wyniszczeniem ludności cywilnej, zniszczeniem miasta. Powstanie było skierowane militarnie przeciwko Niemcom a politycznie przeciwko Rosjanom. Kuriozalnie brzmią, więc wyjaśnienia, że, pomimo takiej postawy, liczono na pomoc wojsk radzieckich. Zresztą, kierownictwo Armii Krajowej wiedziało o fiasku współpracy jej oddziałów z formacjami radzieckimi, na ówczesnych wschodnich terenach Polski. Jeżeli doda się do tego wysłanie w lipcu 1944 r. części uzbrojenia do oddziałów poza Warszawą, niezbyt dobrze przygotowany plan działań powstańczych i rozpoznania sil przeciwnika, co świadczy o lekkomyślności dowództwa, to stanie się oczywiste, że powstanie musiało skończyć się katastrofą.

Powstałe Muzeum  Powstania Warszawskiego powinno być przede wszystkim pomnikiem cywilnej ludności Warszawy, w tym dzieci, poległej w powstaniu i stanowić przestrogę przed pochopnym szafowaniem życiem ludzkim i dorobkiem kulturalnym narodu.

Rządy obozu solidarnościowego, po 1989 roku, rozpoczęły się od zdrady świata pracy. Wprowadzenie bezwzględnego, ultraliberalnego kapitalizmu spowodowało znaczy wzrost liczby samobójstw i rozpad wielu rodzin, które nie podołały, zbyt gwałtownym, nowym wyzwaniom. Nastąpił gwałtowny wzrost przestępczości i swoista pogarda dla ludzi uczciwych, którzy nie potrafili zbyt szybko odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

Politycy solidarnościowi budujący tzw. IV RP odwołali się do szerokiej rzeszy sfrustrowanych członków Solidarności, którzy nic nie zyskali, lub niewiele, na transformacji politycznej i gospodarczej. W tzw. IV RP również  nie czekają dla nich stanowiska, splendory, gabinety z sekretarkami i limuzyny. W zamian za poparcie  nowych właścicieli Polski dostaną tylko erzac w postaci  tzw. deubekizacji i dekomunizacji. Politycy solidarnościowi  nie potrafiąc uformować obywatelskiego etosu demokratycznego cechującego się, między innymi, aktywnym uczestnictwem w życiu publicznym, otwartością na rozwiązywanie problemów,  gotowością do kompromisu i pracy w zespole, wysokim poziomem etycznym, duchowym i profesjonalnym – odwołali się do najniższych instynktów tj.  zemsty i rewanżyzmu.

Tymczasem tzw. dekomunizacja w siedemnaście  lat po Okrągłym Stole służy jedynie igrzyskom politycznym i ma za zadanie zmęczyć społeczeństwo tak aby nie pytało rządzących o budownictwo mieszkaniowe, politykę zdrowotna, drogi, politykę zagraniczną itp.

 

Społeczeństwo polskie, jest, obecnie, w dużej mierze bezbronne.

 

Osoby prowadzące działalność opozycyjna w okresie PRL były w stałym zainteresowaniu mediów zachodnich, w tym Wolnej Europy i Głosu Ameryki. Płynęła pomoc finansowa i logistyczna od administracji państw należących do NATO, między innymi za pośrednictwem organizacji charytatywnych, kościołów, organizacji związkowych itp., ponieważ działalność struktur związku Solidarność była przez nich traktowana jako czynnik dezintegrujący Układ Warszawski. Obecnie byli działacze Solidarności spłacają ten dług utrzymując kontyngenty polskich żołnierzy w Iraku i Afganistanie czy optując za tzw. tarczą antyrakietową która ułatwi  Stanom Zjednoczonym prowadzenie wojen z krajami które nie chcą  poddać się ich dyktatowi.

Opozycjoniści w PRL wiedzieli, że, w ostateczności, zawsze mogą emigrować na Zachód gdzie czekała na nich praca, mieszkanie, zapomogi na zagospodarowanie.

Obecnie działacze, którzy bronią ludzi pokrzywdzonych nie otrzymują takiej pomocy. Rozpadł się Układ Warszawski, Polska jest w  NATO, ma  neoliberalny system gospodarczy,  świat Zachodu zaakceptował wszechwładzę Kościoła Katolickiego traktując to jako wewnętrzną sprawę Polski. Są już niepotrzebni.

Społeczeństwo polskie również się zmieniło. Jest, przede wszystkim, uwzględniając poziom dochodów, bardzo zadłużone. Tysiące rodzin zaciągnęło kredyty z  kilkunastoletnim lub nawet kilkudziesięcioletnim okresem spłaty. W tej sytuacji wolą zająć się praca a nie narażać się kolejnym ekipom rządzącym. Dlatego zadawalają się formalną demokracją (wielopartyjność)  i pozorną wolnością mediów. Mając świadomość, że wpływ ich na realna władzę jest niewielki uciekają w prywatność i nie biorą udziału w wyborach. Należy wyraźnie zaznaczyć, że partie w niewielkim stopniu realizują swoje programy wyborcze a media pozwalają im poznawać świat przez pryzmat światopoglądu, wartości i interesów grup kontrolujących media. Wszelkie propozycje odbiegające od głównego nurtu polityczno-społecznego są przemilczane albo pojawiają się w mediach, co najwyżej, jako niegroźne dziwactwa czy tez folklor polityczny.

Tam gdzie nie wystarcza przemoc symboliczna stosuje się bezpośrednią cenzurę. Po opanowaniu mediów publicznych ogranicza się prezentowanie poglądów i wypowiedzi niekorzystnych dla rządzących i Kościoła katolickiego (zapis o respektowaniu wartości chrześcijańskich). Dąży się również do zdyscyplinowania stacji prywatnych przez rozdmuchiwanie tzw. afer teczkowych.

Środowiska klerykalne cenzurują prace artystów, jak i wypowiedzi osób prywatnych, kierując do prokuratur wnioski o obrazę uczuć religijnych, jak również zawiadamiając organy administracji lokalnej, że w danej galerii/ lokalu są wystawy czy występy, które, według nich, obrażają uczucia religijne. Jest to perfidna forma cenzury, ponieważ tego typu sprawy są długotrwałe, dość kosztowne i nawet wygrana w znacznym stopniu dezorganizuje życie osoby oskarżonej o obrazę uczuć religijnych.

Właściciele galerii, zwłaszcza ci, którzy dzierżawią pomieszczenia należące na przykład do gminy obawiają się wystawiać kontrowersyjne prace artystyczne, ponieważ mogłoby zakończyć się to wypowiedzeniem dzierżawy lokalu, zabraniem czy nieprzyznaniem dotacji na działalność galerii.

Należy pamiętać, że system wielopartyjny bez powiązania go z prawami człowieka bardzo często staje się demokratyczną dyktaturą.

Zgnębić i upokorzyć człowieka i obywatela można równie łatwo w ustroju demokratycznym, przy zachowaniu jego fasady a pomijając ducha, jak i w systemie monopartyjnym.

Powtórzę jeszcze raz.

Społeczeństwu polskiemu potrzebna jest dogłębna deklerykalizacja i mentalna desolidaryzacja naszego życia politycznego, społecznego i gospodarczego.

Należy uchwalić ustawę deklerykalizacyjną i rozwiązać IPN a w jego miejsce powołać Instytut Pamięci Społecznej, który zająłby się, między innymi, ujawnianiem i ściganiem przestępstw związanych z budowanym w Polsce państwem wyznaniowym.

HISTORIA BEZ  IPN

/artykuły od najnowszych do najstarszych /

Elżbieta Korolczuk: Nie oddawajmy emocji populistom!

Źródła sukcesu Prawa i Sprawiedliwości w wyborach parlamentarnych roku 2015 nadal nie zostały w odpowiedni sposób zanalizowane przez liberalne media i opozycję – podobnie jak protesty społeczne takie jak Czarny Poniedziałek. Czy niedawna walka o wolne sądy stanie się zapalnikiem długofalowych zmian na scenie politycznej, czy jedynie drobnym potknięciem PiS-u? Bartłomiej Kozek rozmawia z dr Elżbietą Korolczuk – socjolożką analizującą ruchy społeczne oraz członkinią rady jednej z organizacji stojących za niedawnymi protestami – Akcji Demokracja.

Czy istnieje jakiś powód, dla którego jedne sprawy (np. sądy czy Czarny Protest) angażują dziś w Polsce więcej ludzi niż inne?

Istotną kwestią może być poczucie, że jakaś sprawa może nas bezpośrednio dotyczyć. Każdy z nas może na przykład mieć wypadek i mieć sprawę w sądzie, zależy nam zatem na ich sprawnym funkcjonowaniu.

Jest jednak inna, ważniejsza w tym kontekście kwestia. Do mobilizacji wokół jakiejś sprawy potrzebne są konkretne narzędzia i osoby, które zainicjują protest, dając jak największej grupie ludzi możliwość działania i odnalezienia się w ich akcjach nie tylko jako wykonawcy ale współuczestnicy. Zaangażowanie w takie działania jest częścią procesu upolitycznienia, czyli rozpoznania siebie jako obywatelki/obywatela, jako osoby która ma pewne prawa, obowiązki i wpływ na sferę polityki.

Inicjatorki protestów w sprawie aborcji i Akcja Demokracja zaproponowały pewną formułę protestu, model, który był łatwy do oddolnego replikowania. Czarny ubiór w wypadku walki o prawa reprodukcyjne, palenie zniczy jako symbol walki o wolne sądy, konkretna godzina i miejsce wspólne dla wszystkich miast czyli główny plac miasta albo sąd.

Nikt nie musiał wszystkiego odgórnie koordynować, a na poziomie lokalnym ludzie mogli się włączyć jako inicjatorzy czy organizatorzy, poczuć że są politycznym podmiotem. Taka formuła sprawia, że protesty wychodzą poza wielkie metropolie.

I wreszcie emocje. Ograniczenie prawa do aborcji czy pomysły na upolitycznienie sądów uznawane są za odbieranie ludziom praw, budzą lęk i gniew. To emocje dają ludziom motywację i wolę działania.

Jaka w takich sytuacjach jest rola organizacji takich jak Akcja Demokracja?

Można ją określić jako inicjowanie procesu „political becoming” czyli upolitycznienia. Chodzi o stworzenie takiej sytuacji, w której ludzie poczują się politycznym podmiotem, kimś kto ma wpływ na rzeczywistości i chce ten wpływ wywierać, niekoniecznie tylko przy urnie wyborczej.

Kluczem do działania są tu tymczasem wartości, które mobilizują ludzi do działania niekoniecznie zgodnie z partyjnymi podziałami. Ten typ mobilizacji, w przeciwieństwie do partyjnej, skupia się nie na podkreślaniu różnic, lecz na poszukiwaniu punktów zbieżnych wśród osób o zróżnicowanych poglądach i wrażliwościach.

Celem Akcji Demokracja nigdy nie było stanie się czyimś politycznym zapleczem lecz wspomniana już masowa mobilizacja ludzi wokół konkretnych spraw, ale przede wszystkim konkretnych wartości takich jak równość i sprawiedliwość społeczna. Jako ruch zdaje on sobie sprawę z istniejących różnic, ale to nie one, lecz wspólne wartości dają mu paliwo do działania.

Nie brak jednak głosów mówiących, że mobilizacja tego typu powinna skończyć się na zaangażowaniu i działaniu w obrębie partii politycznych. Ktoś bowiem musi te sprawy reprezentować w parlamencie…

Mobilizacja polityczna na poziomie ruchów społecznych może się kończyć się na zaangażowaniu w partie – rzadko kiedy jednak się od nich zaczyna. Najpierw potrzebujemy przestrzeni na wyrażenie niezgody na rzeczywistość, na wyrażenie potrzeb i zbudowanie wizji tego jak te potrzeby można zaspokoić, a potem zaś szukamy politycznej reprezentacji.

Historia ruchów progresywnych pokazuje to wyraźnie – najpierw pojawia się problem, potem następuje skupienie się ludzi wokół jakiejś sprawy, a dopiero później ruch może przybrać ramy instytucjonalne. Odwracamy kolejność, jeśli chcemy kogoś, kto w końcu ruszył się z fotela, od razu wtłoczyć w rolę wyborcy PO czy Razem.

Dlaczego zatem, skoro doszło niedawno do tak liczebnej mobilizacji, opozycji nie udaje się zdobyć więcej gruntu pod nogami?

Pamiętajmy, że Polska nie kończy się na demonstrujących w obronie sądów, to prawie trzydziestoośmiomilionowy kraj.

W tym samym czasie, gdy na ulice w obronie swoich praw wychodzą tysiące kobiet, PO i .Nowoczesna odmówiły wejścia do komitetu Ratujmy Kobiety, który zbiera podpisy pod projektem prawa zapewniającego dostępna antykoncepcję, edukację seksualną i dostęp do przerywania ciąży. Obie partie rezygnują z wyznaczania standardów czy przekonywania ludzi do czegokolwiek, naczelna zasada to płynięcie z prądem. Próbują zatem gonić PiS.

Opozycja parlamentarna przede wszystkim nie mobilizuje ludzi wokół wizji przyszłości, nie oferuje pomysłu na lepsze, bardziej sprawne i wspierające obywateli państwo. Wierzy, że wystarczy trzymanie się starych, neoliberalnych i konserwatywnych kolein, że wystarczy zadeklarować przywiązanie do demokracji i europejskich wartości, ale bez konkretów. Można tu dostrzec pewien paradoks – jeśli definiować konserwatywny światopogląd jako przekonanie, że lepiej już było, wówczas to lewica okazuje się siłą konserwatywną, idealizującą przeszłość zamiast myśleć o przyszłości.

Opozycja pozaparlamentarna z kolei ma problemy z zaprezentowaniem spójnej, wybiegającej w przyszłość lewicowej narracji, łączącej kwestie ekonomiczne i światopoglądowe. A media – także te liberalne – nie są zainteresowane tym, co te partie mają do powiedzenia.

Ogromnym problemem jest wiara – wyznawana między innymi przez PO ale generalnie przez dużą część obozu liberalnego – że technokratyczny język wygra w starciu z „populistycznymi” emocjami. To się nie uda – nie tylko dlatego, że uniemożliwia to dzisiejszy format funkcjonowania mediów masowych. Nie wystarczy już mgliste prezentowanie swojego przywiązania do „wartości europejskich” jeśli nie jest się w stanie powiedzieć, co znaczą w praktyce albo że mogą one dotyczyć również kwestii związanych z płcią czy seksualnością.

Jak zatem uprawiać progresywną politykę w czasach prawicowego populizmu?

Przede wszystkim trzeba wyjść z koziego rogu oświeceniowej wizji racjonalnej polityki, w której „oświeconych technokratów” przeciwstawia się kierującymi się emocjami populistom.

Historia polityczna pokazuje, że zmiany udawało się realizować tym, którzy mobilizowali ludzi wokół wizji przyszłości dając im wiarę, nadzieję, entuzjazm, poczucie solidarności. Emocje nie stoją w sprzeczności z faktami – to fakty są po to, by wzbudzać w ludziach emocje. Sama nie zostałam feministką dlatego, że zobaczyłam statystyki dotyczące różnic w zarobkach kobiet i mężczyzn tylko dlatego, że potwornie boli mnie krzywda i cierpienie kobiet.

Prawo i Sprawiedliwość jest dziś tak silne dlatego, że jest w stanie wzbudzić silny, emocjonalny odzew społeczny wobec wybiórczo opisanej wizji rzeczywistości. Lewica tego nie potrafi i w efekcie oddaje pole populistom. Powinniśmy wszyscy posłuchać głosu Chantal Mouffe, wedle której emocje i namiętności powinny stanowić bazę każdego projektu lewicowego.

Słabość opozycji nie jest jednak jedynym powodem, dla którego PiS nadal trzyma się mocno. Jesteś jedną z osób nawołującą do zrozumienia przyczyn jego sukcesu wyborczego – co zatem się do niego przyczyniło?

Partia Jarosława Kaczyńskiego odpowiedziała na potrzebę szeroko rozumianego bezpieczeństwa elektoratu. Lider PiS nie jest, jak twierdzą niektórzy publicyści, jakimś szczególnym, genialnym strategiem – owszem nauczył się kilku sztuczek, ale od lat żeglował w tym samym kierunku i w 2015 roku po prostu dostał wiatr w plecy.

Wiatrem tym było poczucie niepewności ekonomicznej, spadek po kryzysie 2008 roku. Nie chodzi tu o realny spadek zatrudnienia czy wzrost inflacji, ważne jest to, że w odczuciu dużych grup ludzi sytuacja wydawała i wydaje się niepewna. Na odczucie to wpływały między innymi doniesienia medialne, a także przeszłe doświadczenia, ale to dojmujące poczucie niepewności ma zasadniczy wpływ na to jak widzimy otaczającą nas rzeczywistość – raczej w kategoriach zagrożeń niż szans.

Poczucie zagrożenia istotnie pogłębił w roku wyborczym (2015) kryzys uchodźczy. PiS wykorzystał to by grać wszechobecnym w polskim kontekście motywem zagrożenia dla naszych granic, naszej ojczyzny i naszych domów. Tyle, że tym razem zagrożenie przybrało formę nie czołgów jak kiedyś, lecz terrorystów przebranych za uciekających przed wojną ludzi.

W jaki sposób doszło jednak do utożsamienia niepewności ekonomicznej z uchodźcami?

Arlie Hochschild opisała ten mechanizm w swej najnowszej książce o republikańskich wyborcach Tea Party w Luizjanie. Określiła go mianem „deep story” czyli głęboką opowieścią o tym, jak zbudowany jest świat. W wypadku Stanów Zjednoczonych taką głęboką opowieścią jest kolejka, której stoją wszyscy obywatele, to do spełnienia „amerykańskiego snu” – wszyscy mają mieć tu równe prawa, a w wypadku gdy będzie się dostatecznie ciężko pracować uda się osiągnąć sukces.

Na głębokim południu USA badaczka zaobserwowała kryzys wiary w ten model. Kolejka nie wydaje się już być fair, a rząd federalny postrzegany jest jako ten, który wspiera wpychanie się do niej kolejnych grup – kobiet, czarnych, Meksykanów, uchodźców.

W Polsce analogiczną opowieścią może być metafora wspólnego domu. Po rozbiorach, wojnach, okresie PRL polską wyobraźnię porządkuje obietnicą tego, że jak u Staffa: „Będziemy znowu mieszkać w swoim domu, Będziemy stąpać po swych własnych schodach”.

Po roku 1989, po okresie PRL kiedy to ów dom był co najwyżej wynajmowany, obiecano nam możliwość jego posiadania na własność. Każdy ma w nim znaleźć miejsce dla siebie. Ma dawać nam bezpieczeństwo, poczucie przynależności, ale ta wizja ma też i drugie dno, zarazem dom jest przestrzenią zamkniętą, może izolować nas od świata zewnętrznego.

I teraz ktoś chce, byśmy w tym domu zrobili miejsce dla uchodźców?

PiS wspiera wizję, w której „zwykli ludzie” mieszkają w suterenie, a tu ktoś chce im nagle dokwaterować kogoś na pierwsze piętro. Kiedy w taką wizję się uwierzy to pojawia się poczucie głębokiej niesprawiedliwości, krzywdy wyrażonej w stwierdzeniach, że „powinniśmy wydawać pieniądze na pomoc biednym polskim dzieciom, a nie obcym”.

W tej sytuacji argumenty o odwołujące się do wrażliwości, empatii i gościnności, poza pewną małą grupą, pozostaną zupełnie nieprzekonujące. Tak jak w przypadku wyborców Tea Party tak i Polacy czują się w dużej mierze ofiarami: historii, transformacji, zewnętrznej ingerencji. Zmuszanie ich do zmiany reguł odczuwania budzi bunt, który staje się buntem przeciwko moralizatorstwu lewicy. Jedno, czego na pewno nie warto robić to moralizować. Lewica jest w tym niestety dobra – i przez to ponosi dziś klęskę.

Jeśli już próbować znaleźć alternatywną opowieść to może warto odwołać się do doświadczenia samych Polaków jako narodu migrującego, którego kilkanaście milionów reprezentantów rozsianych jest po świecie. Wówczas nasz dom rozszerza się na cały świat, staje się domem które inni dzielą z nami – a my z nimi.

Wiemy już, co opozycja robi źle. Co zatem powinna robić, by odzyskiwać pole? Czy wspomniane przez Ciebie pęknięcie między wizją państwa a realizowaną przez PiS rzeczywistością może tu być pomocne?

Punktowanie PiS jest konieczne, choć każda strategia niesie ze sobą pewne ryzyko. Jednym ze sposobów jest na przykład wykorzystanie powszechnego w Polsce resentymentu wobec wszechwładnego, wszechogarniającego państwa by krytykować rozrastanie się obecnej władzy. Emocja ta widoczna była w trakcie Czarnego Protestu oraz obrony sądów: większość z nas obawia się interwencji państwa w naszej sferze prywatnej i rodzinnej. Trudno nią jednak grać osobom, które od lat mozolnie próbują budować zaufanie obywateli do instytucji publicznych.

Inną strategią jest dyskutowanie o politykach socjalnych. Nie tyle powinno ono służyć okopywaniu się za lub przeciw konkretnym rozwiązaniom (np. programowi 500+), chodzi o pokazywanie całości, pokazywanie konsekwencji różnych działań i tego jak zmieniają one relację obywatel-państwo. Większość Polaków i Polek chce państwa opiekuńczego ale nie autorytarnego i wszechobecnego, takiego które będzie dobrym wujkiem a nie brutalnym ojcem-patriarchą.

Ważnym wątkiem jest tu również dychotomia przeszłość-przyszłość. W ciągu ostatnich 2 lat państwo uległo sporej przemianie. Wizja PiS wydaje się coraz bardziej oczywista – to autorytarne państwo bez silnych instytucji oraz narzędzi kontroli rządzących, silnie spersonalizowane wokół pragnień Jarosława Kaczyńskiego. Potrzebna jest dyskusja nad tym, jak powinno ono zmieniać się i wyglądać za 5-10 lat, tak by osią dyskusji była przyszłość i konsekwencje dzisiejszych zmian a nie ciągle 500+. Potrzeba sporu wokół wizji politycznych.

Jaką receptę – mając na uwadze wszystko co powiedziałaś do tej pory – miałabyś dla progresywnych ruchów i partii politycznych, zmagających się z prawicowym populizmem w Europie i poza nią?

Po pierwsze, nigdy nie lekceważcie ludzkiej potrzeby bezpieczeństwa. Ważne są tu nie tylko fakty, ale również to, czy ludzie czują się bezpiecznie.

Po drugie – nie zapominajcie o edukacji i formowaniu postaw przyszłych pokoleń. Być może największy błąd polskiej transformacji popełnił obóz liberalny uznając, że może je zostawić konserwatystom czy kościołowi.

Po trzecie wreszcie – nie lekceważcie potrzeby mitów i narracji, potrzeby opowieści o świecie, które będą łączyły prostotę przekazu z siłą wyrazu. Potrzebujemy przekonująco opowiedzianych, budzących emocje historii, opartych na faktach, a nie kłamstwach.

Po czwarte, nie bójcie się marzyć – nawet jeśli jak pisze Michael Kazin marzyciele nie zawsze wygrywają, ich marzenia kształtują rzeczywistość.

Pamiętajcie – historia jeszcze się nie skończyła.

Tekst pochodzi ze strony greeneuropeanjournal.eu

Tekst z : http://www.lewica.pl/?id=31759&tytul=El%BFbieta-Korolczuk:-Nie-oddawajmy-emocji-populistom!

Krzysztof Podgórski: 17 stycznia 1945 – Dzień Wyzwolenia Warszawy przez „żołnierzy zapomnianych”/Historia bez IPN/

1 Armia Wojska Polskiego pod dowództwem gen Stanisława Popławskiego w ramach 1 Frontu Białoruskiego wyzwoliła Warszawę.

W nocy z 16 na 17 stycznia siły główne 1 Armii WP przeprawiły się na zachodni brzeg Wisły na odcinku między Górą Kalwarią a Magnuszewem i o świcie podjęły natarcie na Warszawę.

W nocy z Pragi rozpoczęła natarcie 6 Dywizja Piechoty forsując Wisłę i wyparła Niemców z centrum. Około 10:00 włączyła się do walki w mieście 2 Dywizja Piechoty, która w rejonie Ogrodu Saskiego połączyła się z 6 Dywizją Piechoty. Do 16:00 Warszawa była wolna.

Wieczorem 17 stycznia do miasta dotarły siły główne 1 Armii WP nacierające od zachodu i południa.

Straty 1 Armii WP w opanowaniu Warszawy to 275 poległych, zaginionych i rannych, z tego około 110 zabitych w tym około 60 od min. 
W całej operacji warszawskiej 1 Armia WP straciła 10 537 żołnierzy w tym 3116 zabitych.

Czytaj również :https://krzysztofmroz1.wordpress.com/2017/12/28/krzysztof-mroz-demistyfikacja-pisowskiej-wizji-powstania-warszawskiego-ktora-stanowi-element-skladowy-tzw-iv-rp-aktualizacja-historia-bez-ipn/

HISTORIA BEZ  IPN

/artykuły od najnowszych do najstarszych /

 

 

 

 

Bloger AdNovum o odmiennych postawach elit politycznych Polski (zwłaszcza pisowskich) i Niemiec do USA

Kilka dni temu obiegła świat sensacyjna wiadomość, o tym jak to niemiecka policja na autostradzie A4 koło Budziszyna zatrzymała konwój ciężarówek transportujących z Polski do Niemiec amerykański sprzęt wojskowy.

Sprawa dotyczyła tego, że polska firma transportowa na zlecenie amerykańskiej armii miała przetransportować sześć samobieżnych haubic pancernych M109.

Po przekroczeniu granicy niemieckiej, konwój składający się z sześciu ciężarówek transportujących z Polski do amerykańskiej bazy wycofywany ciężki sprzęt wojskowy, został poddany rutynowej kontroli drogowej przez patrol niemieckiej policji.

Jak się następnie okazało, ciężarówki użyte przez polską firmę były niedostosowane do transportu sprzętu o takiej wadze i gabarytach, jak przewożone na nich amerykańskie haubice samobieżne. Nie dość tego konwój ten nie miał wymaganych dokumentów do transportu i specjalnych zezwoleń na przewóz publicznymi drogami sprzętu wojennego. Po dokładnym zbadaniu sprawy przez niemiecką drogówkę wydało się, że każda z ciężarówek z konwoju była znacznie przeładowana, nawet o 16 ton. Konwojowi temu, nie towarzyszyły również odpowiednio oznakowane pojazdy pilotujące. Ponadto niektórzy z kierowców przekroczyli wymagane normy czasu prowadzenia pojazdu i odpoczynku.

W efekcie policja zabroniła dalszej jazdy konwoju do czasu podstawienia odpowiednich pojazdów transportowych oraz przedłożenia wymaganych zezwoleń. Obecnie konwój ten stoi do tego czasu na parkingu.

Jaki z tego morał?

Otóż, po pierwsze, w ten sposób okazało się w jaki sposób w Polsce przestrzegane jest przez organa władzy państwowej prawo, którego w zasadzie nie ma. Tzn. jest ale w myśl zasady: „prawo, prawem, ale racja musi być po naszej stronie”. Czyli po prostu anarchia wśród funkcjonariuszy władzy.

Po drugie zaś, dowodzi jaki stosunek do polskiego prawa (a raczej bezprawia) ma nasz największy sojusznik, który traktuje nasz kraj jak zwykły Bantustan. Na co zresztą zasługuje stawiając się w pozycji lokaja.

Natomiast po trzecie, okazało się, że sojusznicy w Ameryki, po cichutku, bez zbędnego szumu zaczęli wycofywać swoje zabawki z dzikiego kraju.

A dlaczego zaczęli je wycofywać?

Ano dlatego, bo został odsunięty od władzy ich najbardziej gorliwy lokaj oraz zmieniły się w między czasie ich plany wobec naszego kraju. Czyli Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść.

Inną sprawą jest to, że polska infrastruktura drogowa- zacofana o dziesiątki lat wobec np. niemieckiej- uniemożliwia szybkie i skuteczne przemieszczanie kolumn wojskowych i ciężkiego amerykańskiego uzbrojenia.

To właśnie skutecznie osłabiło ich zapał przeniesienia swoich europejskich sił z Niemiec do Polski.

Zaś incydent ten pokazuje jaki jest stosunek niemieckich władz wobec powrotu w granice Niemiec amerykańskiego sprzętu. Po prostu Niemcy nie chcą nadal być magazynem dla amerykańskiej US-Army i jednocześnie celem pierwszego ataku jądrowego.

Tak więc, ci którzy optowali za tym aby amerykańskich chłopców wraz z ich zabawkami ściągnąć na teren naszego kraju, nie robili nic innego jak tylko działali, przeciwko Polsce, a na korzyść polityki niemieckiej.

Nie twierdzę tu, że wszyscy ci, którzy byli zaangażowani w sprawę ściągnięcia do Polski amerykańskich boys, są niemieckimi agentami (takie wnioski zapewne wyciągnąłby zagorzały tropiciel spisków i różnej maści szpiegów, czyli  Antoni Maciarewicz), ale zapewne wśród nich tacy byli. Zaś pozostali wykazali się totalną głupotą podpuszczeni do tego typu działań.

I to jest właśnie prawdziwa miara elit tego narodu: głupota, zaprzaństwo i prywata, co czyni z nas pośmiewisko cywilizowanego świata.

https://www.sz-online.de/sachsen/polizei-stoppt-panzer-auf-der-a4-3856245.html,

https://pl.wikipedia.org/wiki/M109_SPH.

Cały tekst: https://adnovumteam.wordpress.com/2018/01/13/wojna-domowa-na-ukrainie-13-01-2018r-1051-dzien-od-nowego-rozejmu/

 

Panie Maciarewicz, Prezydent Putin pyta, kto w Warszawie podłożył bombę w samolocie prezydenckim.

Artykuł był opublikowany 14.12.2017 r. w serwisie Blog.onet.pl. Obecnie nastąpiła likwidacja tego serwisu blogowego.

********

Pan Prezydent Putin powiedział m.innymi:

„- Jesteśmy zmęczeni tymi blefami. Mamy po prostu dość tych bzdur. Nie było żadnych eksplozji. Ustalili to polscy i rosyjscy eksperci. Współczujemy Polsce. To smutna historia. Ale ta spirala śledztw wyszła spod kontroli. Ludzie nie powinni wymyślać. Tragedia to tragedia. Czemu robi się z niej sprawę polityczną. Dla krótkiego wzrostu poparcia? Dorośnijcie. Musicie być dojrzalsi – powiedział Putin. – Jeśli w samolocie były wybuchy – samolot skąd leciał, z Moskwy? Z Warszawy – to znaczy, tam je podłożono (…) Szukajcie w takim razie u siebie – dodał”.

Więcej w >>> https://wiadomosci.wp.pl/mamy-dosc-tych-bzdur-stanowcze-slowa-putina-o-katastrofie-smolenskiej-6198282267133569a

Komentarz : Panie Macierewicz, od przeszło dwóch lat rządzicie Polską, dlaczego do tej pory nie wskazaliście osób, które podłożyły bombę w samolocie prezydenckim lecącym bezpośrednio z Warszawy na uroczystości katyńskie w kwietniu 2010 roku?

Jako Polak, żałuję, że jasną i przejrzystą odpowiedź psychotycznym środowisko od tzw. bomby smoleńskiej musiał  dać Prezydent  Rosji,  a nie polska elita intelektualna. Polscy naukowcy w zdecydowanej większości podkulili ogon przed PiS(nagrano spotkanie naukowców z posłami PO ws. Smoleńska. Dlaczego taśma jest tajna? http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/nagrano-spotkanie-naukowcow-z-poslami-po-ws-smolenska-dlaczego-tasma-jest-tajna/znm8zqn)

Ba, ogon podkuliła zdecydowana większość  polskich satyryków którzy za rządów PiS boja się żartować  z „osiągnięć”  tzw. komisji smoleńskiej.

 A może czas na wymianę , przynajmniej części polskich elit , jeżeli nie stać ich na odwagę  zdecydowanego sprzeciwu wobec  narzucania polskiemu społeczeństwu pisowskiej wersji katastrofy smoleńskiej?

STANOWISKO FEDERACJI NA RZECZ KOBIET I PLANOWANIA RODZINY ws. obywatelskiego projektu ustawy o prawach kobiet i świadomym macierzynstwie- 4 stycznia 2018 r.

W przyszłym tygodniu odbędzie się w Sejmie debata nad projektem „Ratujmy Kobiety” (wg strony Sejmu <http://www.sejm.gov.pl/Sejm8.nsf/PorzadekObrad.xsp?documentId=E45D063F29E3D299C125819C002BC933> 9.01, choć może ulec to zmianie). Z tego powodu Federacja wypracowała stanowisko, które zostanie rozesłane do mediów i posłów/posłanek. Bardzo prosimy o zgłaszanie chęci podpisania stanowiska do poniedziałku 8.01 do godz. 9:00. Debata będzie transmitowana online, ale można załatwić sobie przepustki, by śledzić ją bezpośrednio z galerii w Sali Posiedzeń.

Ta debata zbiega się z niechlubną 25. rocznicą uchwalenia Ustawy o planowaniu rodziny, dlatego też prowadzimy akcję na FB i TT #25LatPiekłaKobiet podając konkretne przykłady ilustrujące jej fikcyjność i szkodliwość (osoby zainteresowane zapraszamy na stronę <http://federa.org.pl/25latpieklakobiet/>).

Dziękuję i pozdrawiam,

Liliana Religa

Koordynatorka ds. komunikacji i promocji | Communications and promotions coordinator Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny | Federation for Women and Family Planning

www.federa.org.pl => zapisz się na biuletyn „Mam prawo”

FB/Twitter @federapl

+48 22 635 93 95

Nowolipie 13/15

00-150 Warszawa

********

STANOWISKO FEDERACJI NA RZECZ KOBIET I PLANOWANIA RODZINY ws. obywatelskiego projektu ustawy o prawach kobiet i świadomym macierzyństwie – 4 stycznia 2018 r.

Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny przedstawia stanowisko do obywatelskiego projektu ustawy o prawach kobiet i świadomym macierzyństwie Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej „Ratujmy Kobiety 2017” (druk nr 2060). Zdaniem Federacji projekt ten spełnia europejskie standardy ochrony zdrowia i praw reprodukcyjnych oraz jest zgodny z międzynarodowymi aktami prawnymi gwarantującymi poszanowanie praw człowieka.

Projekt ustawy o prawach kobiet i świadomym macierzyństwie jako projekt obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej jest wyrazem woli części społeczeństwa dążącej do naprawienia obecnej sytuacji, w której w sposób rażący łamie się prawa kobiet i nie respektuje ich godności, autonomii i prawa do decydowania o swoim zdrowiu i życiu osobistym.

Sondaż IPSOS przeprowadzony dla OKO.press w marcu 2017 roku pokazuje poparcie prawie połowy polskiego społeczeństwa dla projektu „Ratujmy Kobiety 2017”. Za liberalizacją prawa antyaborcyjnego jest aż 42% społeczeństwa, podczas gdy za jego zaostrzeniem (całkowitym zakazem aborcji) tylko 8%.

Jak pokazuje wieloletnie doświadczenie Federacji, raport z monitoringu procedur dostępu do legalnej aborcji w polskich szpitalach, doniesienia medialne czy raport Komisarza Praw Człowieka Rady Europy z dnia 15 czerwca 2016 r. (CommDH(2016)23) – ustawa z dnia 7 stycznia 1993 r. o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży (Dz.U. 1993 nr 17 poz. 78 ze zm.) – jedna z najbardziej restrykcyjnych w Europie – jest nagminnie łamana, a w Polsce istnieją całe regiony, gdzie nie ma w ogóle dostępu do legalnej aborcji.

Penalizacja aborcji w polskim kodeksie karnym, ograniczanie dostępu do aborcji poprzez stosowanie arbitralnych procedur, nadużywanie klauzuli sumienia oraz brak skutecznej procedury odwoławczej prowadzą do potęgowania zjawiska takich jak podziemie czy migracje aborcyjne. Kobiety w celu przerwania ciąży, nie mogąc uzyskać należytej pomocy w publicznym systemie opieki zdrowotnej, sięgają po metody domowe lub środki poronne pochodzące z czarnego rynku. Takie metody terminacji ciąży stanowią realne i poważne zagrożenie dla zdrowia i życia kobiet. Obecna sytuacja utrwala stygmatyzację kobiet decydujących się na lub rozważających przerwanie ciąży, wpływając ujemnie na ich dobrostan, zdrowie psychiczne i status społeczny. Jeszcze poważniejsze konsekwencje ponoszą kobiety wykluczone ekonomicznie i mieszkające na obszarach z dala od wielkich miast. Przerwanie ciąży, która w świetle obowiązującego prawa kwalifikuje się do aborcji, odbywa się często w zagranicznych klinikach, co jest kolejnym dowodem na fikcyjny charakter ustawy z 1993 r.

Jak pokazują wyniki badań CBOS „Aborcyjne doświadczenia Polek” opublikowane w maju 2013 r. w ciągu swojego życia ciążę przerwała, z dużym prawdopodobieństwem, nie mniej niż co czwarta, ale też nie więcej niż co trzecia dorosła Polka.

W skali całego społeczeństwa daje to od 4,1 do 5,8 mln kobiet. W oparciu o badania porównawcze z Hiszpanią i okresem przed zaostrzeniem ustawy w Polsce szacuje się, że poza publicznym systemem przerywa się rocznie od 80 tys. do 150 000 ciąż. Jednocześnie oficjalne statystyki rządowe wskazują na to, że w Polsce w 2016 r. przeprowadzono 1098 legalnych aborcji.

Zestawienie tych danych liczbowych prowadzi do wniosku, że obowiązujące prawo jest fikcją również dla społeczeństwa. Mimo prawnokarnych zakazów Polki przerywają ciąże, traktując obecną ustawę jako barierę stojącą w sprzeczności z ich potrzebami i życiowymi realiami. Organy administracji rządowej i samorządowej nie realizują swoich ustawowych obowiązków zapewnienia swobodnego dostępu do metod i środków służących świadomemu rodzicielstwu, wręcz dążą do jej ograniczenia.

Antykoncepcja awaryjna znów wymaga recepty, a farmaceuci odmawiają wydania tabletek antykoncepcyjnych poprzez bezprawne nadużycia klauzuli sumienia.

Projekt ustawy o prawach kobiet i świadomym macierzyństwie, opracowany na gruncie powyższej diagnozy, podmiotowo traktuje kobiety oraz ich potrzeby i dostarcza skutecznych narzędzi egzekwowania ich praw. Jego celem jest zapewnienie realnego dostępu do bezpiecznej aborcji, antykoncepcji, w tym awaryjnej, a także uregulowanie praktyki stosowania klauzuli sumienia tak, by zagwarantowany był dostęp kobiet do świadczeń zdrowia reprodukcyjnego. Autorki projektu pamiętają, że nie można oddzielać ciąży od kobiety ani zrównywać jej statusu prawnego ze statusem prawnym zapłodnionych jajeczek. Stałoby to w sprzeczności z polskim porządkiem prawnym, który za pośrednictwem Konstytucji

Rzeczypospolitej Polskiej gwarantuje poszanowanie niezbywalnej i przyrodzonej godności człowieka (art. 30), prawo do decydowania o swoim życiu osobistym (art. 47), wolność sumienia i religii (art. 53), a ochronę stanu ciąży reguluje z perspektywy kobiety jako podmiotu praw (art. 68 ust. 3, art. 18).

W Polsce brak jest rzetelnej edukacji seksualnej, mimo że według Sexuality Information and Education Council of the United States jest ona jednym z najskuteczniejszych sposobów opóźniania inicjacji seksualnej wśród młodzieży i zmniejsza liczbę nastoletnich ciąż.

Dane Państwowego Zakładu Higieny potwierdzają wzrost liczby zachorowań na choroby przenoszone drogą płciową. Polska jest krajem w Unii Europejskiej o najwyższym odsetku osób nieświadomych swojego zakażenia HIV (według szacunków – 50%). Brak edukacji ma negatywny wpływ na rozwój psychoseksualny młodzieży i może prowadzić do zaburzeń.

Projekt ustawy autorstwa Komitetu „Ratujmy Kobiety 2017” wprowadzając prawdziwą i rzetelną edukację seksualną w szkołach i podmiotach leczniczych, chroni młode pokolenie, kładąc nacisk na ochronę zdrowia, obronę przed przemocą seksualną, zapewnienie należytych warunków prawidłowego rozwoju i rzetelnej wiedzy oraz umiejętności, przydatnych do budowania w dorosłym życiu dojrzałych i odpowiedzialnych relacji.

Wobec rządu polskiego od wielu lat systematycznie formułowane są ze strony organów traktatowych ONZ – Rada Praw Człowieka, Komitet Praw Człowieka, Komitet Praw Ekonomicznych, Socjalnych i Kulturalnych, Komitet Przeciwko Torturom – rekomendacje dotyczące zapewnienia realnego dostępu do bezpiecznej i legalnej aborcji, antykoncepcji i edukacji seksualnej poprzez liberalizację prawa. Projekt ustawy wychodzi tym rekomendacjom naprzeciw.

Polskę jako sygnatariuszkę Konwencji CEDAW obowiązuje Rekomendacja ogólna nr 35 Komitetu ds. Likwidacji Dyskryminacji Kobiet z 2017 r., która brzmi: „Naruszenia praw reprodukcyjnych i seksualnych kobiet i ich prawa do zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego, takie jak (…) kryminalizacja aborcji, wymuszona kontynuacja ciąży, oraz naruszenie praw  złe traktowanie kobiet i dziewcząt do informacji, środków i usług z zakresu zdrowia reprodukcyjnego i seksualnego są przemocą ze względu na płeć, która w zależności od okoliczności może być równoznaczna z torturą lub okrutnym, nieludzkim i poniżającym traktowaniem”.

Projekt ustawy o prawach kobiet i świadomym macierzyństwie jest propozycją legislacyjną przeciwdziałającą tym naruszeniom i w pełni zasługuje na poparcie.

Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny oraz organizacje sygnujące niniejsze stanowisko apelują do posłów i posłanek Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej o rzetelną debatę nad ustawą proponowaną przez obywatelski Komitet Inicjatywy Ustawodawczej „Ratujmy Kobiety 2017”, której centrum stanowią kobiety, ich zdrowie, ich życie i dobrostan.

Małgorzata Anna Maciejewska: Czy elity mogą wygrać z PiS?

Za zgodą Autorki

http://wjadrodyskursu.blogspot.com/2017/12/czy-elity-moga-wygrac-z-pis.html

http://www.lewica.pl/?id=31746&tytul=Ma%B3gorzata-Anna-Maciejewska:-Czy-elity-mog%B1-wygra%E6-z-PiS?

***********************

PiS właśnie domyka drugą turę przejmowania kontroli nad sądownictwem, gigantyczna kara dla TVN pokazuje, w jaki sposób prawdopodobnie będą kneblowane media nieprzychylne rządowi, a mimo to poparcie dla partii rządzącej nie maleje. Wręcz przeciwnie, sięgnęło właśnie 50%. Jednak jeśli uznamy, że połowa polskiego społeczeństwa chce demontażu państwa prawa, albo z głupoty sprzedaje wolność za 500+, to nigdy nie powstrzymamy autorytarnych zapędów PiS. Protesty na ulicach, wyrazy zaniepokojenia czy nawet sankcje międzynarodowych organizacji będą mało skuteczne, jeśli rządzący będą czuli, że popiera ich znaczna część obywateli i obywatelek.

Dlatego musimy zadać sobie pytanie, jak to możliwe, że działania, które dla jednych stoją w jaskrawej sprzeczności z konstytucją, dla innych są odzyskiwaniem godności? Jeśli zwolenników PiS przekonuje argumentacja, że ustawy o sądach mają na celu po prostu odebranie ich elitom, które je zawłaszczyły, jak bardzo musieli dotąd czuć, że to państwo nie jest ich państwem? Jak silna musi być potrzeba odzyskania go, skoro nie pozwala dostrzec zagrożeń płynących z przyznania pełni władzy jednemu ugrupowaniu?

Źródło naszych obecnych kłopotów – oraz klucz do ich rozwiązania – nie leży zatem w domniemanym szaleństwie Jarosława Kaczyńskiego, ani też w żądzy władzy czy cynizmie obozu rządzącego. Sednem problemu jest to, że narracja o elitach, które zagarnęły państwo i upokarzały zwykłych ludzi, adekwatnie odzwierciedla odczucia milionów Polek i Polaków.

Jak w Polsce postrzegane są elity? To zagadnienie było przedmiotem sondażu, jaki „Polityka” zleciła w czerwcu pracowni Kantar Public. Pokazał on, że elitarność to przede wszystkim pieniądze i wpływy – tak odpowiedziało prawie 70% badanych, przy czym 19% podpisało się pod twierdzeniem, że ów majątek i pozycja zostały uzyskane w okresie transformacji. Tylko 20% uznało, że do elity należy się ze względu na swoje zdolności, kompetencje czy moralny autorytet. Elita odbierana jest też jako zamknięta (jedynie 12% uważa, że łatwo się do niej dostać) i oceniana negatywnie: złe zdanie o elicie politycznej ma 59% respondentów. W tym kontekście nie dziwi, że tylko 2% respondentów odpowiedziało twierdząco na pytanie, czy przynależą do jakiejkolwiek elity, a 94% z całą pewnością z elitami się nie identyfikuje. Ponadto tylko 18% badanych chciałoby, aby do elity weszły ich dzieci.

Analizując te wyniki Mariusz Janicki stwierdza, że przyczyną może być PiS-owska nagonka na elity i lęk, by nie zostać naznaczonym jako wróg narodu. Pisze też o „średniactwie” i braku wiary w możliwość przekraczania własnych ograniczeń. Ale czy to naprawdę źle, że dla większości z nas przynależność do zamkniętego klubu władzy opartego na rywalizacji o bogactwo i wpływy nie jest wcale powodem do dumy? Czy coś takiego można nazwać ambitnym przekraczaniem własnych ograniczeń?

Elitę można pojmować na dwa sposoby, które wyraźnie ujawniły się w przytaczanym badaniu. Po pierwsze, elitarność może oznaczać ekskluzywność: walkę o dominację, z której zostają wykluczeni wszyscy nieposiadający wystarczających zasobów i znajomości. W tym sensie elitarność jest sprzeczna z demokratyczną równością wobec prawa, o równych szansach i merytokracji nie wspominając. Zgodnie z omawianym sondażem właśnie tak postrzegane są w Polsce elity, dlatego nie dziwi, że hasła walki z nimi trafiają na podatny grunt.

Przeciwnicy PiS odpowiadają wtedy używając drugiego rozumienia elity: jako grupy wyróżniającej się mądrością, kwalifikacjami czy standardami moralnymi, i biją na alarm, że partia rządząca chce pozbawić polskie społeczeństwo autorytetów. Sęk w tym, że elita rozumiana merytorycznie nie może być elitarna w wykluczającym sensie tego słowa. Gdyż jeśli to władza i pieniądze zaczynają decydować o przynależności do szczupłej grupy wybrańców, to nie ma miejsca na rzetelną ocenę zdolności i dokonań. Ich podstawą jest bowiem krytycyzm, na który żadna władza nie zamierza pozwalać, jeśli może go uniknąć. Autorytet tylko wtedy może być naprawdę autorytetem, jeśli zakłada możliwość własnej omylności. Jeśli jasne jest, że czasami osoba nie posiadająca tytułów, doświadczenia ani nawet odpowiedniego wykształcenia może lepiej ocenić daną sytuację lub wymyślić oryginalniejsze rozwiązanie konkretnego problemu.

Niestety dynamika ludzkiej psychiki sprawia, że mając pozycję autorytetu trudno nie wykorzystywać władzy, jaka się z nią wiąże, do uciszania innych głosów. Przy czym mechanizm ten wspierany jest zarówno przez osoby posiadające ten status, jak też ich sympatyków i admiratorów. Z jednej strony odpowiedzialne jest za to nasze lenistwo intelektualne: zamiast sami się nad czymś dogłębnie i krytycznie zastanawiać, wolimy zaufać danej z góry opinii. Czasami zresztą zwyczajnie nie mamy kompetencji, aby w jakiejś sprawie rzetelnie wyrobić sobie własne zdanie, a możliwość oparcia się na „naukowo udowodnionych” sądach daje nam poczucie bezpieczeństwa. I nawet jeśli skądinąd wiemy, że nauka bywa omylna, a bezsporne dowody występują tylko w matematyce, wolimy o tym zapomnieć, aby móc żyć w zrozumiałym świecie. Ci, którzy podważają prawdy głoszone przez nasze ulubione autorytety, utrudniają nam to zaburzając nasz spokój ducha.

Z drugiej strony uznanie związane z pozycją autorytetu często osłabia autokrytycyzm. Oczywiście istnieją naukowcy, którzy im więcej rozumieją z badanego przez siebie wycinka rzeczywistości, tym większą mają świadomość niepełności swojej wiedzy i za Sokratesem powtarzają: wiem, że nic nie wiem. Jednak próżność jest cechą aż nadto ludzką i trudno nie ulegać jej w mniejszym lub większym stopniu. Jest to tym trudniejsze, gdy w grę wchodzi medialny szum i sława, która potrafi odurzyć nawet najbardziej racjonalne umysły. Dlatego opiniotwórcze elity (z tytułami naukowymi czy bez) często przyjmują celebrycką zasadę, że najważniejsze, by o nas mówili, wszystko jedno jak. W pogoni za narkotykiem rozgłosu gubi się poszukiwanie prawdy, a dążenie, by wygryźć konkurencję, skłania do formułowania kontrowersyjnych, efektownych tez mających niewiele wspólnego z rzetelnymi dociekaniami. Takie mechanizmy w nauce nie są zresztą czymś swoistym dla epoki medialnej walki o oglądalność i kliki. Już Rousseau krytykował dążenie do poklasku i zaszczytów jako niszczące naukę, która zaczęła zamieniać się w „pragnienie popisania się kosztem strony przeciwnej; każdy chciał zwyciężyć, nikt się oświecić; silniejszy zmuszał słabszego do milczenia; nigdy dysputa nie kończyła się bez obelg, a jej owocem były zawsze prześladowania”.

Te mechanizmy sprawiają, że nawet najbardziej merytoryczna elita ma tendencję do przekształcania się w elitę opartą na władzy. Zwróćmy uwagę, że słowo „elitarny” z definicji odnosi się do wąskiej grupy i kojarzy się z wykluczeniem większości. „Elita” nie oznacza po prostu „grupy mądrych ludzi”, bo tych przecież może być bardzo wielu i wtedy nie nazwiemy ich elitą. Mówimy jednak jak na razie tylko o elitach intelektualnych i kulturowych, które przynajmniej teoretycznie stawiają sobie za cel dążenie do prawdy, dlatego opisana przez Rousseau walka o zaszczyty i władzę poprzez pochlebstwa i bezlitosną rywalizację jest tam czymś wstydliwie ukrywanym.

Natomiast w przypadku elit biznesowych i politycznych, które w znacznym stopniu wpływają na wizerunek elity jako całości, takie praktyki uważane są za normalne reguły gry. Polityka uznawana jest powszechnie za sztukę przypodobania się wyborcom i wyeliminowania konkurencji, a mijanie się z prawdą czy składanie obietnic bez pokrycia jest tak nagminne, że traktowanie wypowiedzi polityków w pełni serio poczytywane jest za krańcową naiwność. Podobnie też w biznesie nie wygrywa ten, kto oferuje lepsze produkty czy usługi, ale ten, kto umie zdobyć przewagę na rynku (na przykład poprzez płacenie zaniżonych stawek pracownikom czy omijanie przepisów bezpieczeństwa) i przekonać klientów, że to właśnie jego produkt jest im niezbędny do życia. I chociaż zbyt jaskrawe fałszowanie rzeczywistości bywa karane, nikt przy zdrowych zmysłach nie szuka rzetelnych informacji w reklamach.

Powszechnie przyjmuje się też, że zarówno biznes, jak i polityka opierają się na budowaniu sieci towarzyskich kontaktów oraz współzależności wynikających z historii wzajemnych przysług. Takie działania są zalecane przez doradców biznesowych i uznawane za oczywiste przez komentatorów politycznych. Wszyscy wiemy o tysiącach układów i układzików, które opierając się na promowaniu „swoich” z definicji wykluczają merytoryczność, ale gdy ktoś zaczyna budować poparcie polityczne na walce z wszechogarniającym układem, zostaje uznany za paranoika. Przypomnijmy, że źródłem sukcesu Jana Kulczyka – po śmierci żegnanego przez media głównego nurtu jakby był bohaterem narodowym – była właśnie umiejętność utrzymywania świetnych relacji z każdą kolejną ekipą rządzącą. Czy można się dziwić, że większość społeczeństwa ma poważne wątpliwości, czy to właśnie tego rodzaju talenty powinny być najbardziej hojnie wynagradzane materialnie?

Wróćmy jednak do elity naukowo-medialnej i jej uwikłania w mechanizmy władzy i wykluczania. Posiadanie pozycji autorytetu sprawia, że jest się słuchanym z większą uwagą i banały wypowiedziane przez znanego profesora lub publicystę będą szeroko komentowane, lecz nikt nie poświęci uwagi znacznie oryginalniejszym tezom autorki nie posiadającej tak zwanego „nazwiska”. Rodzaje gramatyczne nieprzypadkowo zostały w poprzednim zdaniu użyte właśnie w ten sposób, gdyż na władzę wynikającą z autorytetu nakładają się inne płaszczyzny przywileju, takie jak płeć, ale także klasa czy rasa. Pokazano kiedyś, że ten sam tekst oceniany był przez uczestników eksperymentu wyżej, gdy podpisano go męskim nazwiskiem, jednak w konkretnych przypadkach niezwykle trudno udowodnić wystąpienie takiego mechanizmu. Kryteria oceny są zawsze w jakimś stopniu subiektywne, a jeśli w danym społeczeństwie występuje tendencja do dodawania mężczyznom punktów za płeć, będzie ona wpływać na naszą ocenę także, gdy ktoś oświadczy, że ten oto tekst napisany przez kobietę nie został doceniony, chociaż w rzeczywistości jest lepszy od innego artykułu napisanego przez mężczyznę. Oceniając zasadność tego zarzutu nie jesteśmy w stanie „wyłączyć” wiedzę, jakiej płci jest osoba, która je napisała. To samo dotyczy wypowiedzi osoby mówiącej z wiejskim akcentem i błędami gramatycznymi – nawet jeśli co do meritum ma rację, ma małe szanse wygrać z „ekspertem” w garniturze.

Dlatego wykluczanie pewnych perspektyw ze społecznego dyskursu nie polega tylko na tym, że ten oto konkretny pan nie dopuścił do głosu tej pani, która, tak się dziwnie składa, była jedyną kobietą wśród kliku mężczyzn zaproszonych do audycji. Oczywiście takie zdarzenia mają miejsce, można je wskazywać i analizować, ale w systemie, w którym uprzywilejowanie pewnych grup jest przezroczyste jak powietrze, każdą taką sytuację można zakwestionować na przykład jako indywidualny brak kultury danej osoby. Wykluczanie nie jest wyłącznie kwestią jednostkowych zachowań, ale przyjętych w danym społeczeństwie nierównych kryteriów oceny wypowiedzi osób z różnych grup oraz ich nierównego dostępu do mediów i społecznej uwagi. Samo istnienie tych nierówności prowadzi do uciszania pewnych głosów, dlatego jeśli osobom z grup dominujących zależy na tym, aby każdy miał autentycznie równą pozycję w dyskusji, nie mogą korzystać ze swoich przywilejów jak z czegoś naturalnego, lecz muszą aktywnie działać na rzecz wyrównania szans w społecznym dyskursie. Czy polskie elity opiniotwórcze podejmowały takie działania? Czy starały się włączać do dyskursu odmienne od swoich perspektywy?

Ale właściwie dlaczego dominujący mieliby to robić? Właśnie po to, aby nie stać się znienawidzoną elitą, która koniec końców zostanie zmieciona przez partie szermujące antyelitarnymi hasłami. Przy czym nienawiść do elit opartych na władzy przenosi się automatycznie na elity merytoryczne i skutkuje wszechobejmującą nieufnością wobec jakichkolwiek eksperckich ustaleń, podważaniem nauki oraz wszelkich autorytetów, które nie stoją po stronie ugrupowań wypowiadających wojnę elitom. Z taką sytuacją mamy obecnie do czynienia nie tylko w Polsce, a może ona doprowadzić na skraj przepaści nie tylko instytucje danego państwa, ale nawet, jak w przypadku negowania wpływu człowieka na klimat, zagrozić przyszłości naszego gatunku. Dlatego aby wydobyć się z naszych obecnych kłopotów, musimy pamiętać, jak łatwo wiedza przekształca się we władzę, która z wiedzą nie ma już wiele wspólnego.

Dzieje się tak zwłaszcza w przypadku rządów, które roszczą sobie prawo do naukowości. To, że tak wiele osób głosowało nie tyle na PiS, ile przeciwko PO, wynikało bowiem nie tylko z arogancji poprzedniej władzy z jej ośmiorniczkami i „za 6 tysięcy może pracować tylko idiota albo złodziej”, ale także z jej technokratyczności. Podobnie jak partie odsuwane od władzy przez populistów w innych krajach, działania rządu PO opierały się na założeniu, że istnieją jakieś obiektywne reguły rządzenia. A ponieważ są one „naukowo udowodnione”, nie ma ani potrzeby, ani też możliwości tłumaczenia ich maluczkim, którzy powinni się eksperckim ustaleniom po prostu podporządkować. Taka bezalternatywność rodzi bunt, zwłaszcza jeśli połączona jest z przekazem, że skoro nie macie doktoratów z ekonomii, to wasze zdanie się nie liczy. Nie macie możliwości w żaden sposób wypowiedzieć się w dyskusji, w której zapadają decyzje wpływające namacalnie na wasz los.

A to oczywiście kolejny powód, by dołączyć do kampanii przeciwko elitom. PiS pokazał, że wieczne „nie stać nas” było kłamstwem: można realizować programy społeczne i jeśli się dobrze poszuka pieniędzy z podatków, budżet wcale nie musi się od tego zawalić. Coraz wyraźniej widać to, co lewica mówiła od dawna: dziwnym trafem owe „naukowe” zasady rządzenia okazują się korzystne dla posiadających władzę i pieniądze, a zatem ich podważanie oznacza naruszanie ekonomicznego interesu elity sprzecznego z interesem większości.

I to jest owo pokaźne ziarnko prawdy będące przyczyną nośności haseł odsuwania elit od koryta. Z całą pewnością większość osób protestujących przeciwko niszczeniu Trybunału Konstytucyjnego, zawłaszczaniu mediów i sądownictwa nie należała do elit władzy i bogactwa. Ale za to, że ten argument był przekonujący dla znacznej części społeczeństwa, odpowiedzialna jest władza przedkładająca własne interesy nad dobro ogółu i zasłaniająca się w tym procederze naukowością. Są za to także odpowiedzialne elity akademickie, które pozwoliły na tworzenie takiej zasłony dymnej, nie dopuszczając do krytyki własnych ideologicznych założeń i uznając, że wyjaśnianie swoich wniosków społeczeństwu jest czymś zbędnym. I oczywiście także elity medialne przypinające łatkę populizmu wszelkim tezom podważającym neoliberalne dogmaty.

Ekonomia nie opisuje praw przyrody jak fizyka czy chemia. A skoro jej ustalenia są uzależnione od przyjętych wartościowań i ideologii, to nasze polityczne i ekonomiczne teorie muszą uwzględniać punkt widzenia wszystkich, których będą dotyczyły skutki ich zastosowania. Losy PO oraz innych technokratycznych partii pokazują, że w polityce działa zasada heglowskiej dialektyki: im bardziej nie dopuszczamy do głosu innych perspektyw, tym bardziej rosną one w siłę. I zasłanianie się naukowym dyskursem nic tu nie pomoże, co najwyżej doprowadzi tylko do podważenia autorytetu nauki jako takiej.

Jeśli celem polityki ma być racjonalne urządzenie społecznego świata i zapobieganie poważnym konfliktom społecznym, to ci, którzy mają w danym momencie więcej władzy, muszą się stale samoograniczać dbając o to, by inni nie utracili poczucia, że państwo należy także do nich. Zaś ci, którzy dysponują zasobami wiedzy oraz kompetencjami umożliwiającymi przekonujące przedstawianie własnych racji, muszą starać się, by nie wykorzystywać tych narzędzi, świadomie lub nie, do uciszania innych punktów widzenia. Bo polityka jako dążenie do zdominowania przeciwnika oraz służąca takiej polityce wiedza przynoszą opłakane rezultaty.

Można by jednak argumentować, że przecież PiS buduje własne elity oraz używa wszelkich dostępnych środków do uciszania przeciwnych opinii, a elitarność jest postulowanym celem dokonywanej przez ministra Gowina reformy szkolnictwa wyższego. Czy nie wynika stąd, że to wcale nie układowo-technokratyczna elitarność była przyczyną porażki PO i obecnej nośności antyelitarnego dyskursu i lud po prostu lubi mieć nad sobą jakąś elitę?

Nie, to błędne myślenie. PiS-owi uchodzi więcej, ponieważ wykluczeni identyfikują się z nim – bo był, podobnie jak oni, pozbawiany dostępu do mediów głównego nurtu i otaczany „kordonem sanitarnym”. Dlatego odbieranie władzy i przywilejów poprzednim elitom nie jest postrzegane jako budowanie nowej (chociaż tym de facto jest), ale właśnie jako odzyskiwanie kontroli nad naszym wspólnym państwem. Dlatego jeśli chcemy zatrzymać destrukcyjne zapędy partii rządzącej, nie możemy po prostu czekać, aż ci, którzy ją wynieśli do władzy, zorientują się, że znów zostali wykorzystanym przez kolejną elitę „ciemnym ludem”. Bo reakcją z całą pewnością nie będzie przywrócenie poprzedniej elity, ale albo wycofanie się z polityki w przekonaniu, że jej instrumenty nie dają żadnej możliwości wpływania na rzeczywistość, albo też poszukanie innych, niedemokratycznych sposobów jej kształtowania.

Jakie zatem powinny być polskie elity? Aby skończyć z szaleństwem władzy, która niszczy państwo opierając się na antyelitarnym dyskursie, potrzebujemy nie tyle odpowiednich elit, lecz przede wszystkim mądrego społeczeństwa. Wiedza i umiejętność krytycznego myślenia nie może być domeną wąskiej grupy, lecz każdego, kto jest jakkolwiek zainteresowany kształtowaniem własnego otoczenia. Oczywiście nie wszyscy mają jednakowe zdolności intelektualne i z pewnością nikt nie ma obecnie możliwości opanowania całości ludzkiej wiedzy. Dlatego podział pracy jest nieunikniony i osoby, które poświęciły znaczną ilość czasu na zbadanie pewnych zagadnień, muszą oczywiście być szczególnie uważnie słuchane w dyskusjach na dany temat. Ale konieczne jest włączanie w te dyskusje jak najszerszych społecznych kręgów, jasne tłumaczenie naukowych ustaleń oraz otwarta analiza ideologicznych uwarunkowań i interesów osób zawodowo zajmujących się wyjaśnianiem naszego świata.

A zatem jeśli elity mają wygrać z PiS, ich rola musi polegać przede wszystkim na budowaniu mądrego, krytycznego społeczeństwa. Dlatego nie mogą wykorzystywać przewagi płynącej z większych kwalifikacji, aby ścigać się o władzę i bogactwo – nie mogą przekształcać się w elity wykluczające. Drodzy członkowie i członkinie elit naukowych, medialnych i politycznych: czy jesteście gotowi zostać takimi elitami? Czy jesteście gotowi edukować, wyjaśniać i przede wszystkim słuchać, a nie tylko pouczać i walczyć o własną wysoką pozycję ekonomiczną i społeczną? Czy zamiast delektować się poczuciem własnej elitarności, będziecie starali się włączać jak najwięcej osób do dyskusji o naszym wspólnym państwie?

——————————————————————

Pierwsza wersja tego tekstu powstała w sierpniu. W kolejnym wpisie przedstawię historię prób opublikowania go w mediach głównego nurtu, a także różne sposoby mierzenia się przez owe media z pytaniem o nośność antyelitarnego dyskursu. Dowiemy się zatem, jak elity odpowiadają na postawione w ostatnim akapicie pytania.

Radosław S. Czarnecki Czy warto było ?

Z bloga  http://www.lewica.pl/blog/czarnecki/31730/

*******

Latem tego roku przez Polskę przetoczyła się potężna fala protestów (głównie miało to miejsce w dużych miastach, choć i mniejsze ośrodki też były tego świadkiem), organizowanych spontanicznie, ale i przez ośrodki opozycyjne wobec Prawa i Sprawiedliwości przeciwko jego pomysłom na reformę sądownictwa. Ta reforma w zamysłach rządzącej Partii ma podporządkować jurysdykcję ośrodkowi władzy wykonawczej. Protest był też aktem solidarności z szefową Sądu Najwyższego prof. Małgorzatą Gersdorf, która stała się niejako symbolem oporu wobec takich zabiegów władzy. Dziś widzimy, że ta „epidemia euforii” i atmosfera wspólnoty, solidarności oraz pewnej komunii wszystkich ludzi „dobrej woli” była humbukiem, kolejnym „ciemnym zaułkiem” w który wpuszczono najaktywniejszą część tego społeczeństwa. Możemy się wszyscy dziś czuć jak imć Pan Zagłoba, herbu Wczele, w obozie pod Ujściem, gdy Wielkopolanie pod wodzą Krzysztofa Opalińskiego skapitulowali przed Szwedami ([patrz]: „Potop„, H. Sienkiewicza i adaptacja filmowa powieści zrealizowana przez Jerzego Hoffmana).

Epidemia, epidemia, epidemia euforii, euforii.
(….) Wszystko śmieszy, śmieszne tłumy,
Lud odchodzi od rozumu, krzywe lustra, 
zwierciadełka, epidemia, epidemia.
Lecą z oczu łezki śmieszki, lecą łezki 
makabreski, uciechy bardzo wiele, śmiechu 
istny szał, nikt, nikt nie płacze, kto by zresztą śmiał.
Marek AŁASZEWSKI / Marek SKOLARSKI, zespół KLAN

Projekty prezydenta Andrzeja Dudy dotyczące Krajowej Rady Sądownictwa i Sądu Najwyższego nie powinny być przyjęte – ocenił Rzecznik Praw Obywatelskich. Adam Bodnar zarzuca wielu znajdującym się w nich zapisom niekonstytucyjność. W piśmie do prezydenta RP Adam Bodnar podkreślił, że projekt nowej ustawy o Sądzie Najwyższym „nie gwarantuje zachowania odrębności i niezależności władzy sądowniczej od władzy wykonawczej, skoro to władza wykonawcza w okresie przejściowym w niczym nieograniczony sposób będzie decydowała o obsadzie kadrowej SN i jego ścisłym kierownictwie„. RPO uznał też, że proponowana skarga nadzwyczajna rodzi „realne niebezpieczeństwo naruszenia praw osób, które w zaufaniu do systemu prawnego uzyskały w przeszłości prawomocne i ostateczne rozstrzygnięcie w swojej sprawie„.
Swój projekt zmian w sądownictwie wniosła też prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf. Wpisuje się on w całokształt sposobu myślenia rządzącego niepodzielnie Prawa i Sprawiedliwości o jurysprudencji, jej tzw. reformie a de factojest to podporządkowanie zupełne sądownictwa władzy wykonawczej (bo jak z tym było do tej pory – doskonale wiemy). Dokument prof. Gersdorf został skierowany do prezydenta, marszałków Sejmu i Senatu, a także szefów klubów parlamentarnych. Wg niej ma on wychodzić naprzeciw nie tylko oczekiwaniom społecznym, ale również programowi wyborczemu partii rządzącej i postulatom formułowanym przez prezydenta.
Abstrahując od wszelkich argumentów, pomijając uzasadnienia odnoszonych do potrzeby zmian w tej dziedzinie życia naszego kraju (jak najbardziej słuszne) gesty oraz postawa Pani Profesor, w tej sytuacji politycznej i atmosferze czynionej przez rządzący obóz, są wysoce niestosowne. Potwierdzają to po wielokroć użyte przez nią tłumaczenia (podczas wywiadu w Radiu ZET z Konradem Piaseckim) odnoszone do lipcowych wydarzeń pod gmachem Sądu Najwyższego. Żenada !
Tych tzw. wpadek wizerunkowych i konstytucyjnych faux pas popełnionych przez Prezes Sądu Najwyższego jest jak widać wiele. We wrześniu nieoczekiwanie pojawiła się w Pałacu Prezydenckim na ceremonii nominacji dublera z nominacji PiS do Trybunału Konstytucyjnego. Wywołała tym wiele krytycznych komentarzy. „Każdemu zdarzają się kroki podjęte bezrefleksyjnie...” – tłumaczyła się potem Pani Profesor.
Według wspomnianego projektu Małgorzaty Gersdorf ławnicy byliby wybierani „spośród kandydatów wyróżniających się wiedzą prawniczą i zgłaszanych przez organizacje liczące co najmniej 10.000 osób, w tym stowarzyszenia, przedstawicieli pracowników, pracodawców, grupę obywateli, ale także Kościół Katolicki oraz inne Kościoły i związki wyznaniowe w Polsce, jako depozytariuszy tradycyjnych wartości chrześcijańskich wyznaczających ustrojową treść wielu zasad zawartych w Konstytucji Rzeczpospolitej Polski„. Te stwierdzenia (jak i moment złożenia projektu) wywołały konsternację i oburzenie w wielu środowiskach i u znawców tematyki.
Zastanawiam się, po jaką cholerę chodziłem w lipcu ze świeczką pod Sąd Najwyższy ?” – pyta Piotr Rachtan, działacz społeczny i organizator protestów, w tym kontekście. Takie pytanie nurtuje zapewne wielu uczestników lipcowych manifestacji w obronie sądownictwa, SN itp.
Przywoływany Piotr Rachtan negatywnie ocenia pomysł klerykalizacji wymiaru sprawiedliwości. Jurysprudencja w Polsce ma być kolejną instytucją publiczną (po oświacie), w której zobaczyć będziemy mogli osoby duchowne. Ponurym żartem – mówi on – jest to, że „oszczędzimy przynajmniej na togach”.
Innymi słowy księża rzymskokatoliccy i duchowni mniejszościowych wyznań chrześcijańskich, jako grupa trzymająca wartości religijne, mieliby wpływać na wyroki polskich sądów. Z tego wpływu byliby już jednak wykluczeni kapłani religii niechrześcijańskich. Tak można domniemywać z przytoczonego zapisu.
I jak tu nie mówić, pisać, tłumaczyć, że to intelektualne elity naszego kraju, créme de la créme ustroju demokratycznego i wolności w III RP, clou demo-liberalnego porządku, swoimi postawami, etyką i brakiem klasy sprzyjały i sprzyjają cały czas, temu z czym mamy współcześnie do czynienia. Manus manum lavat (*) – Epicham z Syrakuz.
Na takie dictum przychodzą słowa Cypriana Kamila Norwida z wiersza „Marionetki” (nomen omen) :
Jak się nie nudzić na scenie tak małej 
Tak nie mistrzowsko zrobionej
Gdzie wszystkie wszystkich Ideały grały
A teatr życiem płacony 
Doprawdy, nie wiem, jak tu chwilę dobić
Nudy mię biorą najszczersze;
co by tu na to, proszę Pani, zrobić
Czy pisać prozę, czy wiersze ?
Czy nic nie pisać… tylko w słońca blasku
Siąść czytać romans ciekawy:
co pisał Potop na ziarneczkach piasku
Pewno dla ludzkiej zabawy (!) 
Lub jeszcze lepiej – znam dzielniejszy sposób
Przeciw tej nudzie przeklętej:
zapomnieć ludzi, a bywać u osób
– Krawat mieć ślicznie, ślicznie zapięty…!

(*) – ręka rękę myje